Dragon Ball New Generation Reborn

Share
Go down
avatar
NPC
Liczba postów : 1042
Data rejestracji : 29/05/2012

http://dbng.forumpl.net/f53-regulamin-i-informacje-ogolne-obowia

Rdzawe Góry

on Wto Maj 29, 2012 11:57 pm
Wielkie połacie rdzy pokrywające nie posiadające końca ani początku góry, wygląda to niesamowicie. W pasmach znajduje się sieć połączonych jaskiń, w których - według starych przypowieści - ukryto bardzo zaawansowaną, obcą technologię i postawiono potężnego, nieśmiertelnego Strażnika.
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Wto Wrz 11, 2012 11:20 am
Lecieli od kilku minut nie zwalniając tempa. Trzymał się na tyle blisko Nat'a, aby nie stracić go z oczu. Powoli zaczynał żałować, że bez pytania polazł za Nim, nie miał pojęcia jakie Saiyan'in ma wobec niego zamiary. No ale przegrał z własną ciekawością, w razie problemów pozostanie mu to, w czym jest najlepszy - walka. Od czasu do czasu spoglądał w dól, jednak krajobraz prawie wcale się nie zmieniał. Uroki Vegety, nie ma co. Pod tym względem Ziemia biła jego rodzimą planetę na głowę. Już zaczynał tęsknić, wiedział że tak będzie. Przez chwilę zastanawiał się co też mogą w tej chwili porabiać Tsu i Neya. Przeszło mu przez myśl, że może nie powinni zostawiać dwóch bezbronnych dziewczyn w środku lasu. Trzeba było odstawić je, jeśli nie do domu, to przynajmniej w jakieś bezpieczniejsze miejsce. Co jeśli zaatakuje je jakiś wielki zwierz, albo coś gorszego.... Skarcił się w duchu. Nie powinien się tym zamartwiać, co się stało to się nie odstanie. Należało raczej martwić się o własne życie, przeżycie na planecie Vegeta nie było łatwą sprawą. Nawet teraz nie wiedział, czy aby jego życie nie chyli się ku końcowi.

Spostrzegł, że Nat kieruje się w dół. A wiec są na miejscu. Obniżył lot i wylądował kilka metrów obok chłopaka. Rozejrzał się. wszędzie wokoło było widać tylko jedno - góry. Przez głowę przeszła mu myśl, że to idealne miejsce aby kogoś zabić i bezproblemowo ukryć ciało. A może Nat otrzymał takie właśnie zadanie? Może miała tu się odbyć jego egzekucja, a katem miał okazać się jego towarzysz. Odwrócił się i spojrzał na Saiyan'a, świdrując go wzrokiem.

- Co tu robimy? - rzucił jakby od niechcenia - Dlaczego chciałeś abym tu z Tobą przyleciał?

Cały czas starał się zachować spokój, ale stał czujny, skoncentrowany, na wypadek, gdyby Nat od razu przypuścił atak.
avatar
Go??
Gość

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 12, 2012 12:49 pm
Lot trwał zaledwie kilka minut, Nat doskonale wiedział gdzie będzie mógł w spokoju odbyć trening i postanowił być na tyle wspaniałomyślny by pokazać to miejsce towarzyszowi, którego chwilę temu sprowadził do domu. Krajobrazy, jakie były na Vegecie ponownie dla Nathaniela były ponure i nijakie wolałby być teraz na Ziemi gdzie było pełno różnych kolorów trawa i drzewa a tu piach góry i skały nic więcej. Bardziej podobało mu się na Ziemi, ale tu był jego dom i nie miał innego wyjścia jak zostać właśnie na tej planecie, nawet, jeśli chciałby opuścić Vegete to prędzej trafiłby na tamten świat niż by mu się to udało.
Kiedy zbliżał się do Rdzawych gór obniżał stopniowo lot by móc za chwilę wylądować, miał aż za dużo wspomnień właśnie z tego miejsca, ale nie miał zamiaru nikomu wyjawiać tego, co tu kiedyś miało miejsce czy też chwalić się tym, że jak debil stoczył się z góry i o mały włos, a by wyzioną ducha jednak nie ma się, nad czym rozwodzić. Nat w końcu wylądował i rozejrzał się wokół szukając jakiegoś najodpowiedniejszego miejsca do treningu. W czasie, kiedy to się rozglądał dołączył do niego Hazard najwyraźniej niepewny tego, po co w ogóle tu przylecieli, Nat musiał go uświadomić o tym, iż będą tu trenować gdyż nie ma lepszego miejsca niż góry gdzie większość nawet się nie zapuszcza.
-Będziemy tu trenować…lubię tu ćwiczyć z nieznanych nawet mi przyczyn.
Rzucił do Haz’a i klapną tyłkiem na większy kamień, powinien też po prostu pogadać z Hazardem w końcu przyjdzie im spędzić tu trochę czasu na treningu i gadce o bzdetach, ale nie przeszkadzało to Nathanielowi. Może przynajmniej nie będzie musiał włóczyć się ciągle gdzieś sam…kto wie co czeka tego u kadeta. Przyszłość na Vegecie to słowo, które lepiej wymazać tu liczy się tu i teraz, bo nigdy nie wiadomo, co stanie się następnego dnia..

//pisane przy cholernym bólu łba...sorki ale post jest jak mówiłem//
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 12, 2012 3:07 pm
A więc chodziło o trening? Uspokoiło go to trochę, jednak Nat nie miał złych zamiarów o jakie go przed chwilą podejrzewał. Tylko dlaczego najpierw nie udali się do Sali Treningowej, aby zdać raport z misji? No cóż, to nie jego problem, to Nat będzie się musiał tłumaczyć. Obserwował jak chłopak siada na sporych rozmiarów kamieniu, a on sam zaczął się rozglądać. Cóż, trzeba przyznać, że to idealnie miejsce na trening. Nie muszą się martwić że ktoś im przeszkodzi, mieli w zasadzie nieograniczoną przestrzeń. Gdy tak patrzył na Saiyan'a i jego strój, typowy dla członka akademii przypomniał sobie w czym on sam paraduje. Koszulka i spodnie może i nie krępowały jego ruchów, poruszał się w nich całkiem swobodnie, jednak nie chciał się w tym pokazywać publicznie. Pierwsze co zrobi po powrocie to upomni się o nowy uniform. Wypatrzył jakiś głaz znajdujący się kilka metrów do jego towarzysza i również usiadł. Zastanawiał się jak rodzaj treningu zastosują. Czy znowu dojdzie między nimi do walki, czy też może będzie to coś bardziej wyszukanego. Próbował usiąść nieco wygodniej i dopiero teraz przypomniał sobie o lewej ręce. Przecież nie zdjął jeszcze opatrunku, nie wiedział nawet czy jest już na to czas. Fakt, rany z reguły goiły mu się nadzwyczaj szybko, chyba jak każdemu mieszkańcowi tej planety, jednak obrażenia były na tyle poważne, iż wątpił czy ręka będzie już w pełni sprawna. Spojrzał na towarzysza i rzekł:

- Jeśli chodzi tylko o trening to w porządku. Myślałem że najpierw udamy się do Trenera, no ale skoro tak zadecydowałeś.... nic mi do tego, to Twój problem. Przy okazji nie jestem pewien czy moja ręka jest już sprawna, być może będziemy musieli jeszcze poczekać.

W trakcie jak przemawiał chodziło mu po głowie jeszcze kilka rzeczy, lecz zamierzał je zatrzymać dla siebie. Przynajmniej póki co.
avatar
Go??
Gość

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 12, 2012 3:54 pm
Siedział na kamieniu rozglądając się gdzieś po okolicy i zastanawiał się nad tym jak mógłby wyglądać przyszły trening, ale jakoś nie miał na to pomysłu i przyjdzie mu jak zwykle improwizować w końcu pomysły same przyjdą. W sumie mógł najpierw pójść do treningowej, ale tam zwykle jest tłok albo wręcz pustki to już zależy od tego czy obecni leniwi kadeci raczą ruszyć swoje tyłki. Nat sam nie miał najmniejszej ochoty tam iść obecny trener jakoś mu nie odpowiadał, ale cóż musi przecierpieć kolejny etap swojej jakże „zwrotnej” kariery, a nóż kiedyś wskoczy o kolejny szczebel wyżej albo jeszcze wyżej to może będzie miał, chociaż odrobinę swobody na tej planecie i nie będzie aż tak kontrolowany jakby miał być zdrajcą albo kimś knującym coś przeciwko władzy. Nie widziało mu się nic takiego w końcu obiecał sobie coś już bardzo dawno jeszcze nim wstąpił w ogóle do akademii i miał zamiar dotrzymać danego sobie słowa. Słysząc słowa Hazarda spojrzał w jego stronę, ten myślał, że najpierw pójdą do trenera niestety Nat postanowił w porcie coś innego, wolał najpierw zająć się swoim treningiem a potem złożyć ten nudny raport. To, że jego ręka mogła jeszcze nie być do końca sprawna nie stanowiło żadnego problemu w końcu nie będą tu teraz walczyć, chociaż na pewno będzie do tego jeszcze nie jedna okazja.
-Wiesz ja nie mam zamiaru teraz z tobą walczyć tylko trenować każdy indywidualnie. Więc twoja ręka nie powinna ci przeszkadzać.
Wymamrotał gapiąc się na jakąś stertę kamieni i zastanawiając się ponownie nad tym, co może robić podczas tego treningu, miał zamiar zająć się jedynie sobą w końcu nie jest niańką Haz’a i nie musi mówić mu jak ma zabrać się za swój trening, każdy uczy się na swoich błędach i każdy ma własną technikę. Saiyan podniósł się i zaczął spacerować między kamieniami dalej rozmyślając.
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 12, 2012 7:04 pm
Więc mieli trenować indywidualnie? Więc po co w ogóle brał go ze sobą? Jeśli nie jest mu potrzebny partner do ćwiczeń, to dlaczego nie zostawił go w Akademii? Prychnął tak, aby nie widział go Nat. Nie wykona zbyt wielu ćwiczeń z jedną niesprawną ręką. Na dodatek robił się coraz bardziej głodny, miał nadzieję, że zaraz po powrocie wyskoczy do stołówki i zapełni czymś brzuch. Czymkolwiek, nawet gdyby miałaby to był papka dla kadetów o smaku, zapachu i konsystencji łajna. Gdyby nie to, iż sam miał ochotę potrenować, to pewnie z miejsca wzbiłby się w powietrze i poleciał z powrotem. A tak to pozostało mu przeczekać jeszcze jakiś czas i sprawdzić co z ręką, może będzie już się nadawała do czegoś.

Rozłożył się wygodniej i dał się ponieść rozmyślaniom na temat swojej podróży na Ziemię. Nie udało mu się zrealizować celu numer jeden: nauki Ki Feeling. Saf mu to obiecał, lecz ich drogi się rozeszły, nie miał pojęcia gdzie ów Saiyan może się teraz znajdować. Nie nauczył się żadnej nowej techniki, ani czegokolwiek przydatnego. Odbył ledwie dwie walki, które być może czegoś go nauczyły i wzmocniły, jedyny plus całej tej misji. Chciał jak najszybciej stać się silniejszy, chciał stać się kimś, a nie zwykłym kadetem, którego prawie każdy traktuje jak śmiecia. Wiedział, że czego go jeszcze daleka droga, lecz był zdeterminowany. Miał nadzieję, iż po powrocie do Akademii znajdzie się ktoś, kto nim pokieruje.

Co jakiś czas rzucał okiem na Nat'a, kontrolując co robi. Po jakimś czasie jego towarzysz wstał i zaczął przechadzać się w tą i z powrotem, najwyraźniej nad czymś rozmyślając. Nagle coś wpadło mu do głowy. Podniósł się nieco wyżej i zapytał:

- Nat? Co Ty tak właściwie robiłeś z tą dziewczyną, Neyą, po tym jak poleciałem do szpitala? Gdy się żegnaliście, to wyglądało to tak, jakbyście się bardzo zżyli co nie?

Nie wiedzieć czemu zachciało mu się w tym momencie śmiać. Powstrzymał się jednak, podejrzewał jak może się to skończyć. Uważnie obserwował Saiyan'a, będąc ciekaw jego odpowiedzi.
avatar
Go??
Gość

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 12, 2012 8:08 pm
Przechadzał się między kamieniami rozmyślając o różnych rzeczach także o tym, że chciałby dużo więcej czasu na Ziemi spędzić, ale nie było mu to dane akurat przy tym zadaniu, może kiedyś będzie mógł pozwolić sobie na jakiś mały urlop od ciągłego wypełniania rozkazów. Na chwilę obecną brzmiało to absurdalnie ledwie dostał awans, który był tylko po to by mógł lecieć po Hazard’a nie żałował jednak, że był na Ziemi ponownie, ale za krótko i musi tam jeszcze kiedyś polecieć!
Słysząc słowa Haz’a skrzywił się, czemu akurat musi wypytywać o coś, co raczej powinno pozostać między nim a Neyą i nie powinien gadać o tym każdemu, kto zapyta. Zresztą to nie była w ogóle jego sprawa i nie powinno go to wcale obchodzić! Nat skrzywił się pokazując wyraźnie swoje niezadowolenie z tego pytania, które on zadał, nie miał najmniejszego zamiaru wspominać, co z nią robił gdzie był itd.
-Nie twój interes.
Warknął w stronę Hazard’a nie podobało mu się to, jaki ciekawski jest, ale to nie jego interes niech sobie będzie, jaki chce, Nathaniela obchodził tylko jego własny los i to, co się z nim stanie czy też nie. W nosie miał innych zwłaszcza takich ciekawskich. Miał ochotę po prostu nawrzeszczeć na kadeta, ale mimo to powstrzymywał się jak tylko mógł w końcu nie powinien tracić panowania nad sobą o byle, jaką pierdołę. Warknął coś pod nosem i odszedł kawałek i uniósł się w powietrze by wlecieć do jaskini, w której spędził nieco czasu zaraz po wypadku, postanowił sobie nieco posiedzieć w tej jaskini, dobrze, że miał pamięć do miejsc, w których przyszło mu się przebywać. Usiadł sobie przy wejściu i podziwiał te mało malownicze krajobrazy, nie było w sumie, co oglądać, ale wolał zabijać jakoś tymczasową nudę by uzbierać siły przed treningiem, który jak miał nadzieję nie przyniesie mu kolejnego wypadku a nieco korzyści.
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 12, 2012 10:44 pm
Reakcja Nat'a jakoś wcale go nie zdziwiła, spodziewał się tego. Natomiast gdy odleciał kawałek dalej i schował się do jaskini, zaśmiał się pod nosem. Udało mu się dopiec Saiyan'owi, chociaż po części zrehabilitował mu się za wcześniejsze poniżanie kadeta. Rechocząc jeszcze przez chwilę położył się ponownie na głazie i zaczął wpatrywać się w niebo. Po chwili jednak zaprzestał tej czynności - przypomniał sobie jak to wygląda na Ziemi i poczuł ukłucie żalu, że nie może tam teraz być. Wstał, musi się trochę rozruszać. Przez jakiś czas chodził wokoło, obserwując najbliższą okolice. W zasadzie nie było czego oglądać, wszędzie to samo, może jednak znajdzie coś interesującego. Niestety, spotkał go zawód. Wrócił na "swój" głaz i ponownie się na nim usadowił. Posiedział jeszcze chwilę, po czym spojrzał na swą lewą rękę i po krótkim namyśle postanowił uwolnić ją z opatrunku. Być może nie jest jeszcze w pełni sprawna, ale gojenie może być już na takim etapie, że może paradować bez niego. Przez moment powspominał cudowne chwilę, gdy opatrywała go prześliczna Pani Doktor, po czym wytworzył w dwóch palcach prawej dłoni Ki Sword'a. Następnie delikatnie i bardzo powoli zabrał się za przecinanie bandaży i całego tego bajzlu. Centymetr po centymetrze, niezwykle skupiony, gdyż każdy błąd kosztowałby go paskudną ranę, lub coś gorszego. Odetchnął z ulgą, gdy przeciął cały opatrunek na pół. Zdjął go z ręki i wykonując kilka ruchów sprawdził stan ręki. Była jakaś taka sztywna, ale nie bolała. Można było powiedzieć że wyleczona, parę minut i powróci do dawnej sprawności. Wykonał nią kilka ciosów, młócąc powietrze. Spokojnie mógł poddać się treningowi, nie spowoduje kolejnych urazów.

Zadowolony siedział na głazie zastanawiając się co też robi teraz Nat. Z każda minutą coraz częściej odzywał się jego brzuch. Popełnił błąd nie lecąc najpierw do stołówki, jak tak dalej pójdzie to nie rozpocznie treningu, bez sił daleko nie pociągnie.
avatar
Go??
Gość

Re: Rdzawe Góry

on Pią Wrz 14, 2012 11:03 am
Siedział jakiś czas w wejściu do jaskini rozmyślając nad swoim treningiem, w końcu i tak nie miał, co robić, więc lepiej jakby zaczął ćwiczyć już teraz nie tracąc czasu na głupie rozmyślania o byle, czym. Podniósł się i zeskoczył na dół i podszedł do Hazarda, który wyswobodził już rękę z opatrunku, przyglądał się kadetowi stojąc kilka metrów od niego, w sumie mógłby potrenować razem z nim, ale był przyzwyczajony do samotnych treningów. Odszedł gdzieś dalej by móc potrenować w spokoju, nie chciał mieszać Hazarda do tego, co sobie w ciągu chwili zaplanował, a przynajmniej wolałby żeby on nie wchodził mu teraz w drogę.
-Ja zabieram się za trening ty rób, co chcesz.
Rzucił do Hazarda i klapną na chwilę na większym kamulcu, pozbył się pancerza i bluzy uniformu, szkoda by się zniszczyły przez zwykły trening połączony także niekiedy z głupotą Nathaniela. Odrzucił ciuchy na bok i podniósł się ze swojego siedziska, postanowił zacząć od małej przebieżki w końcu najpierw należy przeprowadzić porządną rozgrzewkę a potem zabierać się za poważniejsze ćwiczenia. Biegał przeskakując napotkane na swojej drodze kamienie i kamyczki przeskakiwał nad większymi głazami robiąc salta w powietrzu, zawsze rozgrzewka była dla niego po prostu zabawą, nie przejmował się tym, co i jak robi po prostu się bawił. Chodził na rękach skakał biegał i nic nie mogło oderwać go od tej mini zabawy, jaką w tej chwili miał.

OOC:
TRENING
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Pią Wrz 14, 2012 11:34 pm
Głód nie pozwalał o sobie zapomnieć. Za każdym razem gdy próbował skierować swe myśli w innym kierunku, kończyło się tak samo - głośne burczenie brutalnie sprowadzało go do myślenia o jednym. Właśnie podczas jednej z tych prób ucieczki wrócił Nat, oznajmiając mu, iż zamierza potrenować. Jeszcze przez chwilę patrzył jak Saiyan zrzuca z siebie zbędne obciążenie i zaczyna od rozgrzewki. Gdy tak go obserwował wpadł na coś. Trening, właśnie to pomoże mu oderwać myśli od jedzenia, przynajmniej na jakiś czas. Wstał. W przeciwieństwie do swego towarzysza nie musiał pozbywać się uniformu, jego ubranie było lekkie jak piórko i nie krępowało jego ruchów. Rozejrzał się w poszukiwaniu dobrego miejsca. Znalazł takie po chwili i udał się tam, kilkaset metrów dalej. Duża dolina, nie będą sobie z Nat'em nawzajem przeszkadzać, nawet gdy podczas ćwiczeń dadzą z siebie wszystko. Również zaczął do rozgrzewki, konkretniej od ćwiczeń rozciągających, żeby sobie niczego nie naciągnąć. Następnie przeszedł do właściwej części treningu.

OCC:
Kolejny post będzie postem treningowym.
avatar
Go??
Gość

Re: Rdzawe Góry

on Nie Wrz 16, 2012 6:52 pm
Trening:

Dalsza rozgrzewka była standardowa kilka skłonów slalom między kamieniami czy po prostu najzwyczajniejsze pompki, które to mógłby robić wiecznie, chociaż z krótkimi przerwami, ale niestety jednym ćwiczeniem nikt niczego nie osiągnie, dlatego też musiał rozdzielić dany czas, jaki posiadał na każde z wybranych już ćwiczeń tak by móc doskonalić ciało, ale również mieć chwilę na udoskonalenie stanu ducha, co może by mogło pomóc mu w łatwiejszym uspokajaniu myśli kłębiących się w jego głowie, w czasie rozgrzewki odrzucił swój scouter na resztę łachów i dalej ćwiczył.
Trenował wiele godzin bez chociażby chwili wytchnienia, nie marnował ani minuty, pragnął jedynie doskonalić swoje umiejętności. Nie myśląc o niczym wykonywał po raz kolejny ćwiczenia z rozgrzewki, nigdy tego za wiele, nie musiał od razu zabierać się za uczenie się nowych rzeczy, wolał najpierw udoskonalić to, co już potrafi i ćwiczyć swoją wytrzymałość wykonując długi i morderczy trening pozwalając sobie tylko na jedną krótką przerwę. Nie obijając się dłużej zaczął kolejną serię pompek wykonując tym razem 4000 powtórzeń nie licząc się z tym, jaki będzie wyczerpany po wszystkich ćwiczeniach, nie obchodziło go to. Mógłby i za trenować się na śmierć nie robiło mu to większej różnicy, to czy przeżyje ten trening czy też nie w tej chwili nie miało najmniejszego znaczenia. Po tym jak skończył robić pompki zaczął wykonywać przysiady, bez pośpiechu miał zamiar zrobić z każdego ćwiczenia po tyle samo powtórzeń byle tylko mieć jak najmniej czasu na zawracanie sobie głowy durnymi myślami i rzeczywistością, jaka go otaczała. Po przysiadach zabrał się za brzuszki i skłony wszystko w odpowiedniej kolejności i w wyznaczonej wcześniej ilości wykonanych powtórzeń.
Po jakże długiej rozgrzewce zaczął się zastanawiać nad dalszą częścią treningu, ale postanowił nie wymyślać niczego szczególnego, przeskakiwał z kamienia na kamień robiąc salta w powietrzu nie, kiedy zdarzało się, że się poślizgną i lądował tyłkiem na drobnych kamyczkach przy jednym z niefortunnych upadków biedny Nathaniel nadział się swymi klejnotami na jeden z większych kamieni, nie było to zbyt przyjemne doznanie aż odskoczył w górę powstrzymując się by nie wrzasnąć z bólu, prędko nie zapomni tego nieprzyjemnego kontaktu z kawałkiem skały, a to nie był pierwszy taki pechowy wypadek. Stanął na podłożu uznając, iż wystarczy tego pajacowania i mimo bolących klejnotów przystąpił do dalszego treningu, co to się zowie walka z powietrzem bądź, jak kto woli z własnym cieniem, wyprowadzał poszczególne ciosy z coraz większą precyzją starając się wyobrazić jakby zareagował ktoś, kto mógłby teraz z nim walczyć, ćwiczył każdy element walki. Nie jednokrotnie lądował na skale uderzając w nią z impetem. W ciągu kilku kolejnych godzin dorobił się wielu zadrapań dzięki stłuczkom ze skałami czy wielokrotnymi upadkami z dość sporej wysokości, Nat nie myślał, że ten trening przysporzy mu aż tyle ból, ale przynajmniej dzięki temu zapomniał zupełnie o głupotach i skupił się na tym, co teraz było najważniejsze.
Ćwiczył dalej nie zważając na kolejne zadrapania większe czy mniejsze, nie miał zamiaru przejmować się drobnymi skaleczeniami uzyskanymi w czasie treningu przez przywalenie ciałem o skały czy też w wyniku kontaktu z większą ilością ki-blastów. Nie interesowały go skutki tego treningu, potrzebował go by zapomnieć o bzdurach i zająć się tym, czym kierował się wstępując do akademii. Mijały minuty i godziny a młodzian miał na ciele coraz więcej otarć i zadrapań, czuł coraz większe zmęczenie, postanowił chwilkę odpocząć. Wylądował, więc i usiadł na jednym z kamieni, przyjrzał się sobie, był cały we krwi i pocie, cóż bywa i tak. Po kilku minutach powrócił do swego treningu i dalej zaczął katować swoje zmęczone już ciało, nie miał zamiaru teraz odpuszczać, tak ma przynajmniej zajęcie pozwalające mu nie myśleć o głupotach. Nat trenował zawzięcie nie pomijając żadnego z punktów treningu, kiedy zakończył walkę ze swoim własnym cieniem wylądował u podnóża góry, na którą miał zamiar się wspiąć o własnych siłach kilkukrotnie, bez pomocy latania czy przeskakiwania z miejsca na miejsce, chciał się wspiąć na szczyt nie zważając na to, co może się stać, jeżeli spadnie z wycieczenia.
Zaczął się wspinać, mimo iż jego zdrowy rozsądek kazał mu po prostu odpocząć, zignorował to i zaczął wchodzić powoli na sam szczyt, nie miał powodu sądzić, iż coś mu się stanie, znał swoje możliwości, wiedział jak długo jest w stanie wytrzymać. Nat powoli i ostrożnie wspinał się coraz wyżej i wyżej uważając na każdym kolejnym kroku, będąc tuż niedaleko szczytu kamień, którego się chwycił skruszył się a wycieńczony Nathaniel zaczął spadać w dół obijając się o każdy wystający kawałek stały. Po chwili spadania, a raczej turlania się po wystających kamieniach i dorobieniu się kolejnych ranek chwycił się większego kamienia zatrzymując się, uspokoił oddech i postanowił zwyczajnie odpuścić sobie tą wspinaczkę, nie chciał dorobić się kolejnego urazu głowy i znów zupełnie nic nie pamiętać. Puścił się i powoli zleciał na dół gdzie usiadł tam gdzie stał i wypoczywał.

Był nieco poobijany, ale nie miał, co narzekać uznawał ten trening za udany mimo kilku pechowych wydarzeń, teraz postanowił po prostu odpocząć i wrócić do akademii w końcu nie ma, po co tu dłużej siedzieć, zrobił, co miał zrobić i wolał się już bardziej nie przemęczać i skończyć z rozwaloną na kamieniu głową albo jeszcze coś tam innego mogłoby się mu przydarzyć. Siadł na kamieniu, przy którym rozpoczynał trening i czekał aż Hazard zakończy swój, nie wchodził mu w drogę by nie przeszkadzać w końcu nie tylko on musi przykładać się do ćwiczeń.
-Haz daj znać jak skończysz!
Krzykną do trenującego jeszcze kadeta i chwycił swoje łachy odlatując do jaskini by wypocząć tam miał zamiar przesiedzieć trochę czasu w końcu nie może pokazać się w takim stanie przed trenerem, jak by to wyglądało? Pobiły go kamienie, masa śmiechu nic więcej, ale Nathaniel nie lubił cackać się podczas swoich treningów w końcu ma rosnąć w siłę a nie zbijać bąki i nic więcej nie robić. Będąc w jaskini klapną tyłkiem tuż przy wejściu i ubrał się w swoje łachy i założył scouter na ucho czekając na to aż Hazard skończy i będą mogli wrócić do akademii by stawić się u trenera i pójść coś zjeść nie koniecznie w tej kolejności. Nat odczuwał straszny głód, ale na szczęście potrafił nad tym zapanować, nie miał ochoty latać i szukać robala by go ubić upiec i zjeść. Nie widziało mu się to, wolał poczekać i zjeść coś porządnego na stołówce, miał nadzieję, że nie dostanie nic przypalonego czy też nienadającego się do jedzenia.

OOC:
Koniec treningu

//sorka jakoś tak mi nie idzie Sad //
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Nie Wrz 16, 2012 9:01 pm
TRENING

Na początek kilka podstawowych ćwiczeń takich jak pompki czy brzuszki. Ćwiczenia te starał się wykonywać w sposób, który dałby mu jak największe korzyści. Przykładowo robiąc pompki opuszczał się bardzo powoli i tkwił nieruchomo przez jakiś czas, dopiero wtedy znowu się podnosił. Wykonywał po kilkaset powtórzeń, okraszonymi 2 minutowymi przerwami na odpoczynek. Po wykonaniu kilku podstawowych ćwiczeń zrobił sobie nieco dłuższą przerwę, a następnie przeszedł do konkretów. Pompki na samych palcach, przysiady z obciążeniem (w tym celu podniósł leżący nieopodal głaz i zarzucił go sobie na barki, kamlot ważył na oko około tony), a następnie podleciał nieco wyżej i zawiesił się głową w dół na jakiej skarpie, po czym zaczął wykonywać brzuszki. Musiał uważać, chwila nieuwagi i mógł rozbić sobie głowę o nierówną linię gór, gdyby spadł w przepaść. W przypadku tych ćwiczeń - tysiąc powtórzeń, a po nich dłuższa, bo 15 - minutowa przerwa, podczas której znalazł źródełko z wodą i zaspokoił pragnienie.

Kolejnym zadaniem było doskonalenie techniki walki. W tym celu musiał wspomóc się.... wyobraźnią. Przez kilkadziesiąt minut toczył walkę z wyimaginowanym przeciwnikiem. Młócił powietrze pięściami i nogami. Z zewnątrz może wyglądało to trochę głupio. no ale cóż poradzić. Starał się wyobrazić sobie, iż walczy z kimś kogo zna. Nie wiedzieć czemu wybór padł na Nat'a. Trenował w pocie czoła, nie robił sobie przerwy, cały czas wyprowadzał ataki. To ćwiczenie porządnie go zmęczyło. Padł na ziemię i po kilku minutach leżenia udał się do znajomego źródełka by ponownie się napić i przy okazji załatwić potrzeby fizjologiczne, gdyż poprzednia porcja wody solidnie uciskała mu pęcherz. W trakcie tej przerwy wymyślił kolejne i chyba już ostatnie ćwiczenie. Postanowił wzmocnić nieco swą wytrzymałość. Zawisł kilka metrów nad powierzchnią i wypuścił przed siebie Ki Blast'a. Następnie błyskawicznie przemieścił się i stanął mu na drodze tak, iż pocisk zatrzymał się na nim. Przez kilka kolejnych minut katował się w ten sposób, wypuszczając co jakiś czas dwa lub trzy Ki Blasty na raz. Po tym ćwiczeniu jego koszulka była cała w strzępach, a on sam cały obolały. W międzyczasie usłyszał Nat'a. Zakodował jego informacje, gdy skończy to poinformuje go o tym. W zasadzie to jego trening zbliżał się ku końcowi. Na sam koniec wykonał jeszcze ten sam zestaw ćwiczeń co na początku. Po wszystkim po raz kolejny padł na ziemię. Był wyczerpany, ale i zadowolony, już dawno nie odbył tak ciężkiego treningu. Z pewnością będą tego efekty. Następnie wstał i powoli udał się w miejsce, gdzie czekał na niego Nat.

Koniec opisu treningu

Dotarł do jaskini. Usiadł na jakimś większym kamieniu i odezwał się do Saiyan'ina.

- W porządku, skończyłem. Możemy wracać, chyba że masz coś jeszcze w planach - spojrzał na niego pytająco.

Po chwili zaczął żałować, że tak to rozegrał. Mógł napomknąć o jak najszybszym powrocie, jego brzuch znowu zaczął się domagać jedzenia, z jeszcze większą determinacją niż przed treningiem dawał o sobie znać głośnym burczeniem.

- Chociaż.... - zaczął - Jeśli to możliwe, to chciałbym jak najszybciej znaleźć się w Akademii.

Nie zamierzał zdradzać dlaczego, nie chciał aby Nat pomyślał iż marudzi. Że jest słabym, niepotrzebnym kadetem który nie potrafi przeżyć w trudnych warunkach bez jedzenia, z ograniczonym dostępem do wody. I bez ciepłego łóżka w swojej kwaterze o którym marzył już od dawna.
avatar
Go??
Gość

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 19, 2012 8:43 pm
Siedział jakiś czas tuż w pobliżu wejścia do jaskini i wypoczywał po ciężkim i bardzo bolesnym treningu, kiedy do jaskini wszedł Hazard nie zwrócił na to większej uwagi. Tak siedział jeszcze przez jakiś czas i kiedy poczuł, iż jest wystarczająco wypoczęty po morderczym treningu podniósł się i przeciągnął. Zrobił się strasznie głodny przez ten trening, ale nie będzie zrzędził na ten temat w końcu, po co gadać o jakichś głupotach. W sumie mógłby jeszcze zostać i pomęczyć się kolejnym ciężkim treningiem, ale jednak głód brał górę, czuł, że mógłby pożreć wielkiego zwierza w całości i jeszcze byłoby mu za mało, ale w stołówce nie miał, co liczyć na jakąś wyżerkę a jedynie na malutką przystawkę, która miała mu wystarczyć do kolejnego posiłku. No cóż takie to jego marny żywot w tym miejscu, ale musi to jakoś przecierpieć.
-Dobra chodź trzeba w końcu coś zjeść.
Rzucił do Haz’a i wybiegł z jaskini wzbijając się w powietrze i lecąc szybko w stronę akademii był potwornie głodny a nie chciał w ogóle pokazywać po sobie, że ledwie ciągnie, ostatni posiłek jadł bardzo dawno temu, że już nie pamiętał. Nie miał ochoty jakoś dłużej odwlekać czasu, który miał poświęcić na posiłek w końcu nie samym powietrzem się żyje, chciał jak najszybciej znaleźć się w stołówce gdzie, chociaż nieco zapcha swój żołądek.

z/t ----> Stołówka
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Czw Wrz 20, 2012 11:28 pm
Po chwili odezwał się Nat, a to co powiedział sprawiło, iż uśmiechnął się od ucha do ucha. Ciekaw był tylko, czy burczenie jego brzucha było aż tak głośne czy może jego towarzysz sam zgłodniał. Zresztą czy to ważne? Liczy się tylko to, że niebawem zapcha swój żołądek. Nie zależało mu na jakichś wykwintnych potrawach, był gotów zjeść nawet standardową papkę przeznaczoną dla kadetów. Wzbił się w powietrze i ruszył za Nat'em. Lecąc rozmyślał o najróżniejszych smakołykach, chociaż wiedział, iż o uczcie jaką sprawił mu kucharz krótko przed odlotem na Ziemię może tylko pomarzyć. Zaraz po tym zaczął układać sobie w głowie plan na najbliższy czas. Z pewnością czekała go wizyta w Sali Treningowej i zdanie raportu Trenerowi, zresztą Nat musi zrobić to samo. Różnica polegała jednak na tym, iż jemu nie udało się wykonać poleconego mu zadania, w przeciwieństwie do jego towarzysza. Już od dłuższego czasu zastanawiał się czy czeka go z tego powodu kara, czy może jednak mu się upiecze, w końcu nie był dowódcą tejże misji. Odgonił od siebie te nieprzyjemne myśli, nie zamierzał się zamartwiać dopóki nie stanie przed przełożonym. Powrócił myślami do przyjemniejszych rzeczy. Co po zaspokojeniu głodu? Sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać, jednak w głębi duszy marzył mu się relaksujący prysznic i długi, spokojny sen. Niezbyt pasowało to do natury Saiyan, dlatego chciał jak najszybciej o tym zapomnieć. Strach pomyśleć o tym co by pomyśleli inni gdyby się o tym dowiedzieli. Chociaż z drugiej strony może po tych ciężkich tygodniach należało mu się trochę odpoczynku i relaksu? Pomyśli o tym kiedy indziej, kiedy będzie miał wolną chwilę. A póki co chciał jak najszybciej znaleźć się w stołówce.

Z/T --> Stołówka
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Sob Wrz 14, 2013 7:43 pm
Wściekły jak osa wyleciał przez okno kwatery i udał się w bliżej nieokreślonym kierunku. Chciał po prostu być sam z dala od Akademii. Leciał tak szybko, że powietrze muskające jego twarz było zimne. Nie dawało to jednak ulgi jakieś oczekiwał. Zgrzytając zębami i zaciskając pięści zbliżał się do miejsca, gdzie strażnicy wpuszczają i wypuszczają żołnierzy. Wiedział, że bez kontroli się nie obędzie, więc wylądował tuż obok i podszedł bliżej. Posłusznie podwinął rękaw uniformu, by mogli pobrać krew.

- A Ty gdzie się wybierasz? - spytał jeden z nich.

- Potrenować - odrzekł krótko Haz.

Być może mężczyźni zobaczyli ognień w jego oczach. Być może sami znaleźli się kiedyś w sytuacji takiej jak on. Szczęśliwie jednak nie pytali o nic więcej, przeprowadzili badania i wypuścili go na zewnątrz. Skoro wszystko było w porządku nie mieli powodu by tego nie zrobić. Tego by tylko brakowało, żeby rozpętał jakąś awanturę, bo nie pozwolą mu się w spokoju ogarnąć. Wznowił lot, znowu obierając losowy kierunek. Leciał dobre kilkanaście minut, aż w końcu znalazł się w znajomym miejscu. Rdzawe Góry, to tutaj trenował z Nat'em zaraz po powrocie z Ziemi. Uznał, że to miejsce idealnie się nadaje, więc wylądował pomiędzy dwoma wysokimi szczytami. Rozejrzał się wokół siebie. Nikogo nie było. Chociaż chciał spokoju, to jednak przydałby się ktoś, na kim mógłby się wyładować. Zamknął oczy i przeczesał teren. Poczuł lekki impuls. Kilometr na prawo znajduje się jakieś źródło mocy. Niewielkie, ale powinno wystarczyć. Udał się tam, a gdy doleciał na miejsce jego oczom ukazał się robal. Bardzo podobny do tych, z którymi miał kiedyś okazję walczyć na pustyni. Ten jednak miał bardziej kolczastą budowę. W tym miejscu zapewne żyje inna odmiana tych stworzeń. Haz spojrzał na niego z chłodną miną i wycelował w jego stronę dłoń. Glizda nawet nie wiedziała o jego obecności, a za chwilę miała zginąć z jego ręki. Jednak po chwili złotowłosemu wpadł do głowy pomysł. Przecież to doskonała okazja do opanowania nowej techniki. Paraliżująca wersja telekinezy - to miał na myśli. Zacisnął palce dłoni, gdy przypomniał sobie kto zdradził mu tajniki tej umiejętności. Musiał jednak przezwyciężyć to uczucie. Potrzebny mu będzie spokój, koncentracja. Złość nie będzie sprzymierzeńcem. To naprawdę świetnie się składa. Zamierzał poprosić jakiegoś znajomego o pomoc, lecz było mu głupio. A ten stwór idealnie się nada. A więc postanowione.

Jak zwykle przy okazji nauki tego typu techniki zaczynał od mentalnej rozgrzewki, czyli koncentracji i oczyszczenia umysłu. W obecnej sytuacji to będzie prawdziwa próba. Lecz bez tego nic nie zrobi. Podleciał wyżej i nie tracą oczu z robala, usiadł na szczycie góry i rozpoczął.

OCC:
Next post treningowy.
avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Wto Wrz 17, 2013 2:10 pm
Cały czas coś go dekoncentrowało. A to jakaś niezbyt miła uwaga dotycząca Trenera przepłynęła przez umysł, a to przed oczami pojawił mu się widok wściekłej Vulfili, a to odgłosy poruszającego się na dole robala.... Zgrzytając zębami otworzył na chwilę oczy. Tak być nie może. Musi się uspokoić, wyrzucić z głowy wszystkie niepotrzebne myśli i spróbować raz jeszcze. Dał sobie chwilkę na zrobienie porządku. Z czystym umysłem zabrał się do medytacji po raz kolejny. Tym razem było dużo lepiej. Po paru minutach wpadł w znajomy trans, a jego ciało otoczyło coś na wzór delikatnej mgiełki. Znał to uczucie. W takim stanie jego kontrola nad Ki była na najwyższym poziomie, mógł też wykrzesać z siebie większe pokłady energii duchowej, co automatycznie przekładało się na łatwiejszy trening techniki.

- W porządku - rzekł, wstając na równe nogi.

Robal, który miał posłużyć mu do ćwiczeń nie oddalił się zbytnio. Zlokalizował jego obecne położenie i udał się w tamtym kierunku. Zrobił to jednak tak, żeby stwór nie zorientował się o jego obecności. Tak będzie lepiej, przeszkadzałoby mu gdyby próbował się na niego rzucić czy zaatakować w inny sposób. A więc do dzieła. Już wcześniej przypomniał sobie słowa przełożonego na temat finalnej wersji telekinezy - paraliżu. W teorii było to podobne do uwięzienia pierścieniami, tyle że tym razem musi unieszkodliwić wroga przy pomocy samej Ki. Wyższa szkoła jazdy, nie ma co. Jednak nie raz bywało tak, że udawało mu się opanować niemal niemożliwą rzecz. Nie inaczej będzie tym razem!

Na próbę stworzył niewielki pierścień. Zrobiłby to, by przypomnieć sobie dokładnie założenia tej techniki, sposób w jaki paraliżuje się wroga, nietypowy sposób użycia energii. Teraz… rzecz trudniejsza. Musi zrobić to samo bez użycia Ki. Potrzebował obiektu, trenowanie na powietrzu na nic się zda. I po to właśnie jest mu ten robal wijący się kilkanaście metrów pod nim. W porządku! Zamknął oczy i wyobraził sobie, jak tworzy owal. Powtarzał każdą czynność dokładnie tak samo. Aż do momentu przeobrażenia Ki w pierścień. Ten krok pominął. Ale czy to dobrze? Bez tego to nie zadziała… nie! Nie może myśleć w ten sposób. Musi zaufać teorii, że da się unieruchomić przeciwnika samą telekinezą. Dobra. Otworzył oczy i spojrzał w bok, wyobrażając sobie, że w tym miejscu unosi się łańcuch. Siłą woli przesunął go w dół, wprost na stwora. Przełknął głośno ślinę i czekał. Nic się nie stało. Owad nadal ruszał się na wszystkie strony, prawdopodobnie w poszukiwaniu jedzenia. Standard, pierwsza próba zawsze jest nieudana. Spróbował raz jeszcze, lecz nie mógł wyzbyć się odczucia, że to co robi nie ma sensu i nie przyniesie rezultatu. Po piątej nieudanej próbie w końcu się do tego przekonał. Po prostu robi to źle, musi zmienić taktykę. Tylko na jaką? W tej chwili nic nie przychodziło mu do głowy. Zrezygnowany wrócił na szczyt góry, na której siedział wcześniej i ponownie usiadł po turecku. Przymknął powieki i przeanalizował sytuację, starając się doszukać błędów i wyciągnąć z nich słuszne wnioski. Oczywiście wyobrażanie sobie tworzenia pierścieni było pierwszym z nich. To nie jest już ten sam proces, te dwie metody różnią się od siebie. Nie tędy droga.

- Myśl… – wyszeptał.

Nie był geniuszem, o tym wiedział. Jednak zawsze gdy był w takiej sytuacji, udawało mu się znaleźć z niej wyjście. Po prostu musiał się dłużej zastanowić.

- Łańcuchy… nie… Ki… użyć we właściwy sposób… - wypowiadał te słowa mimowolnie.

Trwała burza mózgów. Trener nie powiedział mu wiele o ostatnim stopniu telekinezy. Sam zaznaczył, że musi dojść do tego sam. Przecież nie postawiłby przed nim zadania niemożliwego do wykonania.

- Myyyśl… myyyyśl – powtarzał na głos.

Otworzył oczy. W końcu coś wpadło mu do głowy. Wstał, uniósł się w powietrzu i poleciał w to samo miejsce. Co ciekawe robal nie zmienił swego położenia. Najwyraźniej znalazł coś do jedzenia i teraz to konsumował. Haz skoncentrował na nim swój wzrok, wyczuł jego energię, tak jak podczas używania telepatii. Teraz przy pomocy Ki spróbował go sparaliżować, wykonując podobne czynności co przy Galactic Donut. To może być to – połączenie dwóch innych techniki może być zapalnikiem do trzeciej. Z uwagą obserwował poczynania stwora. Nie ruszał się przez kilka chwil, po czym odpełzł kawałek dalej. Szczerze mówiąc nie był pewien, czy to jemu się udało, czy był to zwykły zbieg okoliczności. Kolejna próba. Tym razem na pewno nieudana, bo owad poruszył się sekundę po tym, jak powinien zostać unieruchomiony. Ćwiczył dalej. Miał wrażenie, że po jakimś czasie udawało mu się za każdym razem. Nie na długo, kilka, góra kilkanaście sekund, chociaż te wyniki nie są wiarygodne, wiele zależało przecież od robaka. Ale nawet ta krótka chwila podczas walki da mu sporą przewagę. Tak czy siak powinien wypróbować tę zdolność na kimś, kto będzie mógł mu powiedzieć czy faktycznie przez chwilę był sparaliżowany.

Złotowłosy mimowolnie zniżył się o parę metrów. Podczas gdy on zajęty był rozmyślaniem nad tym, czego właśnie się nauczył, kolczasty insekt zdał sobie w końcu sprawę z obecności intruza. Wydał z siebie nieprzyjemny, wysoki odgłos i skierował otwarty aparat gębowy w stronę Saiyan’a. Po chwili wystrzelił energetyczny pocisk. Haz w ostatniej chwili zorientował się co jest grane.

- Heeej! – zawołał, robiąc unik.

Spojrzał ze złością na atakującego. Przez myśl przeszło mu, by się go pozbyć, lecz… to się nawet doskonale składa! Będzie mógł nauczyć się bariery, techniki którą potrafił już Altair. Hazard też co nieco podejrzał i był pewien, że i jemu uda się opanować tę zdolność. Przeniósł się gdzie indziej, by zniknąć robalowi z oczu. Nie na długo jednak, gdyż potem będzie go musiał zmusić do wystrzelenia kolejnych pocisków.

Pierwsze co pomyślał gdy zobaczył Barierę – podobne do Kiaiho. Różnica polegała na tym, że w tym przypadku trzeba było wypchnąć energię i uformować ją w owal w taki sposób, aby miała solidną strukturę, bez choćby jednej przerwy. Właśnie ta druga czynność będzie najtrudniejszym punktem. Przez jakiś czas uwalniał z ciała Ki, by zaraz potem próbował nad nią „zawładnąć”. Potrafi wyczuwać Ki, telekineza też może okazać się pomocna.

- Okej, chyba jestem gotowy – rzekł na głos.

Nie było to zbyt trudne, ale czy faktycznie już to potrafi, zweryfikuje jego „partner” do ćwiczeń. Odnalazł stwora i zatrzymał się kilka metrów przed nim.

- Czołem obrzydliwa kreaturo – przywitał się – masz mi coś do powiedzenia?

Nie trzeba było go długo prowokować. Robak ponownie zaczął formować w paszczy energetyczny pocisk.

- Tak też myślałem – uśmiechnął się lekko – Bariera!

Wypchnął Ki w tym samym momencie, co kolczasty zaatakował. Uformowanie kuli nie zajęło mu dużo czasu, grunt że zdążył nim rakieta w niego uderzyła. Był pewien, że mu się powiodło, więc ze spokojem obserwował sytuację, czekając tylko aż jego ochrona zadziała. Stało się jednak inaczej. Energetyczny atak przeleciał przez zaporę i rozbił się na klatce piersiowej młodego Saiyan’a.

- Szlag by to! – krzyknął Haz, ulatując ponad chmurę pyłu.

Upewnił się, że insekt znów go nie widzi i spojrzał na siebie. On sam nie ucierpiał, na pancerzu widniało niewielkie zadrapanie. Coś takiego było za słabe, lecz skoro tak, to czemu nie udało mu się tego zablokować? Coś poszło nie tak. Musi popracować nad formowaniem muru. Wpadł mu do głowy ciekawy pomysł. Zebrał pokaźny stos niewielkich kamyczków. Podrzucał je do góry, po czym próbował utworzyć barierę. Jeśli nie poradzi sobie z czymś takim, to szansa na uniknięcie fali uderzeniowej, lub energetycznego pocisku będzie znikoma, jeśli nie żadna. Zamyślił się na chwilę, przez co największy kamień jaki znalazł wylądował mu na głowie. Ze złością wymasował dłonią miejsce uderzenia i wznowił ćwiczenie. Po paru minutach w końcu załapał o co chodzi. Kawałki skał nie były mu już straszne. Na wszelki wypadek zrobił jednak próbę generalną – podniósł ważący chyba kilkaset ton głaz i spróbował na nim. Wolał nie wiedzieć co się stanie, gdy nawali…. Na szczęście się udało. Kamlot odbił się od jego tarczy i rozpadając się na kilka części spadł naokoło złotowłosego. Czas wypróbować to na kolczastym przyjacielu.

- No dawaj, strzel jeszcze raz – prowokował robala.

I tym razem szybko dało to efekt, Pocisk pomknął w stronę Hazard’a, lecz tym razem zatrzymał się na dobrze przygotowanej barierze. Rozległ się charakterystyczny dźwięk i energia rozprysła się na wszystkie strony.

- Tak jest! – zawołał uradowany.

Zbyt szybko zaczął się cieszyć. Insekt niezrażony niepowodzeniem strzelił raz jeszcze. Nie trafił idealnie, lecz drasnął rękę intruza.

- Cholera! – syknął Nashi łapiąc się za przedramię.

Odleciał kawałek dalej i spojrzał na ranę.Cięta, sączyła się z niej krew. Miał wielką ochotę ukarać tę gnidę, lecz odpuścił. Sam się na to naraził, nie powinien mieć o to pretensji. Poza tym był głupi spuszczając go ze wzroku i ciesząc się przedwcześnie. Przydałoby się przemyć zranienie. Zostawił kolczastego i udał się na poszukiwanie jakiegoś źródła wody.
avatar
NPC
Liczba postów : 1042
Data rejestracji : 29/05/2012

http://dbng.forumpl.net/f53-regulamin-i-informacje-ogolne-obowia

Re: Rdzawe Góry

on Wto Wrz 17, 2013 6:17 pm
Hazard był bardzo nieuważny. Zapewne słyszał o istocie, która wprowadziła niedawno raban na jego rodzinnej planecie. Fałszywe plotki, mówiły, że glutowaty intruz został unicestwiony, lecz temu udało się uciec. Sprytem. Po porażce na Ziemii pojawił się na Vegecie ponownie, ale nie miał zamiaru teraz się uaktywniać. Wypatrzył sobie najsilniejszego jego zdaniem osobnika tutaj i przyczaił się. Widząc, że ten się w końcu zranił postanowił nie tracić okazji i przystąpił do ataku. Kawałek zimnej glutowatej cieczy przyczepił się saiyanowi do twarzy. To było coś na wzór starego budyniu, który zmienił swój stan skupienia. Zdjęcie tego będzie trochę trwało.
Gdy Hazard zajęty był strzepywaniem obcego ciała z facjaty tsuful skorzystał z tej chwili nieuwagi wślizgując się do rany mężczyzny...

OOC
Uaktywnij się kiedy tylko będziesz chciał. Możesz nawet teraz, ale odradzam. Niedługo przybędą "posiłki". Celem tsufula jest zniszczenie saiyan.

______________________


avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Sro Wrz 18, 2013 8:50 pm
Odnalezienie źródła wody, zabrało mu sporo czasu. Przez cały okres poszukiwań przeklinał się w duchu. Podczas walki nie może sobie pozwolić nawet ma moment dekoncentracji. Nawet gdy będzie myślał, że rozprawił się w przeciwnikiem - trzeba się upewnić. Wszedł w jakiś wąski przesmyk z nadzieją, że może na jego końcu coś znajdzie. Rana była dość głęboka, nadal krwawiła. Idąc wolnym krokiem poczuł impuls. Dwie nieduże Ki leciały w jego kierunku. Zastanawiał się czy to nie przypadek. Czyżby Trener posłał kogoś za nim za samowolne opuszczenie terenu Akademii? Przestraszył się nieco, lecz po chwili osobnicy zatrzymali kilka kilometrów od niego. Fałszywy alarm. Może po prostu ktoś szukał pustego miejsca na pojedynek, albo jakaś para chciała być ze sobą sam na sam i zalecieli aż tutaj. Mniejsza o to. Usłyszał szum wody. A wiec udało się. Opuścił przesmyk, a kilkanaście metrów dalej dojrzał źródełko wody wydobywające się ze skały. Powinno wystarczyć. Podszedł bliżej, i podstawił pod strumień rękę. Lecz...

- Co do.... Co to jest?! - zawołał.

Jakaś zimna, glutowata ciecz zalała mu twarz. Natychmiast zaczął strzepywać ją dłońmi, lecz cholerstwo nie chciało złazić. Konsystencja przywodziła mu nieco na myśl papkę dla kadetów dostępną na stołówce. Instynktownie zamknął usta, by nic nie dostało się do środka. Walczył z tym czymś dalej, gdy nagle przypomniał sobie pewną rzecz. Coś co spowodowało, iż serce zaczęło mu bić szybciej...

Nie zdążył. Czuł coś co wspinało się po jego przedramieniu. Na ślepo nie był w stanie nic zrobić. W przypływie bezradności strzelił sobie Ki Blast'em w twarz. Podziałało, budyniowata substancja zniknęła, a on sam niewiele oberwał. Otworzył oczy, by dostrzec jak fioletowy glut przeciska się przez wąską ranę i dostaje się do jego organizmu....

- Nie... - szepnął przerażony - Nie... co teraz...? Co zrobić....?

Padł na kolana. Oszałamiający ból zawładnął jego ciałem. Miał wrażenie, że skoncentrował się w głowie. Zacisnął zęby i powieki, chwycił się za skronie i zaczął wrzeszczeć. To było nie do zniesienia, jakby łamali mu dziesiątki kości w jednym momencie. Nie wytrzyma tego dłużej. Już chyba lepsza śmierć. Podniósł drżącą rękę chcąc uformować w niej Ki Sword'a. Nie może pozwolić by ten pasożyt przejął nad nim kontrolę. Był gotów poświęcić życie w tym celu. Lecz dłoń jakby nie chciała go słuchać. To opuszczała się, to podnosiła wyżej. Czyżby to już się zaczęło? I wtedy usłyszał głos. Był sam. On jedynie stękał z bólu. Ktoś przemawiał we wnętrzu jego głowy.

- Nie tak prędko! Zbyt długo szukałem takiej okazji by teraz pozwolić się jej wymknąć. Hahaha zaraz będziesz mój!

A więc stało się. Tsuful zaczął przejmować kontrolę nad jego ciałem. A za chwilę to samo zrobi z umysłem. A wtedy będzie już za późno.

- Co robić? - pomyślał - Co teraz? Jak...

- Co robić? - odpowiedział mu ten sam głos - Nic już nie możesz zrobić! Nie jesteś w stanie! Wy głupie, zawszone małpy jesteście zbyt tępe by mi się przeciwstawić. Od zawsze kierowała Wami tylko duma, ambicja i pragnienie władzy. Gdyby nie Wasza nadzwyczajna siła nie bylibyście w stanie Nas wytępić. Ale zaraz role się zamienią, zaraz posiądę Twoją moc!

To wyznanie przeraziło go jeszcze bardziej. Myślał gorączkowo próbując sobie przypomnieć, czy ktoś nie wspominał kiedyś o tym, jak uchronić się przed czymś takim. A może żaden sposób nie istnieje? Może nie da się przed tym obronić? Ale zaraz! Znał kogoś takiego! Vivian! Sam Trener powiedział im, że udało jej się przezwyciężyć pasożyta. Tyle że nigdy nie spytał jej jak to zrobiła....

- Cholerna gówniara, śmiała mi się przeciwstawić. Ale spokojnie, spotka ją za to należyta kara. Wszystkich Was spotka!

Nie może na to pozwolić. Pomyślał o mieszkańcach Vegety, o swych znajomych, przyjaciołach. Jeśli teraz da się kontrolować to oni mogą zginąć. Próba przebicia się energetycznym ostrzem odpada. Za późno na to. Poczuł się bezradny, był z góry na straconej pozycji. Przegrał w momencie, gdy fioletowa substancja wdarła się do jego rany. W przypływie frustracji wydarł się na całe gardło. Jego moc eksplodowała. Zmiótł wszystko co znajdowało się w promieniu kilkunastu metrów. Próbował wykurzyć intruza za pomocą siły. Jedyne co przyszło mu do głowy Jego ciało zaczęło się powiększać, przyjmował formę Ascended.

- Ty naprawdę jesteś głupi....

Koniec. Wszystko ustało. Nie czuł bólu, było jak kilka minut temu. Opadł głową na twarde podłoże. Był cały spocony, oddychał ciężko. Udało mu się? Chyba tak. Przyczołgał się do źródełka by napić się wody. Musi... musi jak najszybciej udać się w stronę Akademii i uprzedzić wszystkich. Pasożyt zapewne ponowi atak. Był zmęczony, niczym po ciężkiej walce, ale to był jego obowiązek. Przemył twarz i to było ostatnie co pamiętał....


- Katsu... - szepnął złotowłosy.

To jego nowe imię. Tak nazywał się Król rasy Tsufulów. Powrócił by zemścić się na Saiyan'ach. Wstał. Zgiął i rozprostował kilkukrotnie palce dłoni. Obejrzał swe nowe ciało. Przejrzał się w tafli wody. A następnie roześmiał się głośno.

 - Poszło łatwiej niż myślałem. Ten szczeniak ma słabą wolę, udało mi się w stu procentach przejąć jego umysł i ciało. Czegoś takiego właśnie szukałem. Ta moc niewątpliwie mi się przyda. Mogę wykrzesać z siebie znacznie więcej, ale teraz to zbędne.

Rozejrzał się wokoło. Nie mógł znieść tego widoku. Ta planeta tak bardzo zmieniła się od czasów jego panowania. A to wszystko przez te zapchlone małpy. Zapłacą mu za to. Zapłacą wszystkim jego pobratymcom za to co zrobili. A gdy już się z tym upora, odbuduje to wszystko. Tsufule znów będą rasą liczącą się w kosmosie. A nawet postara się o coś więcej. Zawładnie całym wszechświatem. Posłuży się mocą znienawidzonych Saiyan i dokona tego.

- Warto byłoby wypróbować to ciało. W każdej chwili mogę zostać zmuszony do walki.

Zrobił parę kroków. Zlokalizował dwie osoby znajdujące się całkiem niedaleko. To doskonała okazja. Już miał poderwać się do góry, lecz poczuł łaskotanie w pasie. To był ogon. Odwinął go i przyjrzał mu się dokładnie. Ogarnęła go złość. Nie będzie łaził z tym czymś. Jedna z charakterystycznych u małp rzeczy. Chwycił go u nasady i wyrwał. Wyrzucił truchło na ziemię i poleciał. W normalnych okolicznościach miałby problemy z poruszaniem się. Ale nie teraz. Mając władzę nad umysłem i ciałem Hazard'a mógł wyzbyć się typowych dla niego dolegliwości. Lecąc na spotkanie analizował przeszłość chłopaka. To z kim spotkał się w przeszłości, z kim łączyły go jakieś stosunki, kogo nie lubił. Zainteresował go wątek przepowiedni. Uśmiechnął się lekko.

- Ten szczeniak wydaje się interesujący. Kto wie jakie korzyści może mi to przynieść.


Dwójka kadetów odbywała sparing. Walczyli zaciekle, żaden nie mógł zdobyć chociaż minimalnej przewagi. W końcu jeden z nich zadał idealny cios. Drugi padł kilka metrów dalej.

- Nieźle - pochwalił kolegę - ale i tak wygram.

- Gadaj zdrów. Pamiętaj jaka jest stawka tego zakładu.

- Nie musisz mi przypominać. Pokonam Cię i umówię się z Robely.

W momencie gdy ruszył na kolegę, ktoś wylądował pomiędzy nimi. Chłopak zatrzymał się i spojrzał na nowego.

- Ej! Czego tu szukasz? Nie widzisz, że trwa pojedynek? Zjeżdżaj stąd!

- Czyżby? - odrzekł Katsu - to co tu robicie trudno nazwać walką. Bijecie się jak małe dziewczynki.

- Chcesz w mordę? - zdenerwował się drugi - wynocha albo zaraz sam Cię stąd usunę!

- Hahaha - roześmiał się Tsuful - myślisz że dasz mi radę? W takim razie spróbuj.

Szatyn przeskanował intruza scouterem. Jego kompan zrobił to samo. Uśmiechnęli się drwiąco na widok odczytu.

- Żartujesz sobie? Chcesz Nas pokonać z tak małym poziomem mocy? Rozprawię się z Tobą w 3 sekundy!

- Nie, ja to zrobię!

- Co powiesz na małą zmianę? Zakład wygrywa ten, kto wykończy tę słabiznę.

- Umowa stoi!

Obaj równocześnie ruszyli do ataku. Katsu w ułamku sekundy zwiększył swą moc. Scoutery eksplodowały jeszcze zanim chłopacy dotarli do złotowłosego. Tak na wszelki wypadek musiał pozbyć się tego niewygodnego urządzenia....

Ciało szatyna opadło z łoskotem na ziemię. Przebita na wylot klatka piersiowa, urwana jedna noga, zmasakrowana twarz. Jego kolega nie wyglądał lepiej Tsuful wylądował nieopodal patrząc na swe pierwsze ofiary. Ta walka trwała mniej niż 5 minut, a przecież przedłużał ją ile się dało by się nieco zabawić.

- Żałosne. Nie wykorzystałem nawet połowy mocy. No ale chociaż przetestowałem nowe możliwości. Mam tylko nadzieję, że pozostałe małpy są silniejsze.

Uśmiechając się złowieszczo ruszył w stronę budynku Akademii. Na razie będzie musiał działać z rozwagą. Nie może dać się rozpoznać. Już niedługo przybędzie wsparcie. A wtedy rozpocznie się jego zemsta!

OCC:
Z/T --> http://dbng.forumpl.net/t236-korytarze
avatar
NPC.
Liczba postów : 2083
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Rdzawe Góry

on Wto Lut 18, 2014 7:02 pm
Powrócili w miejsce, gdzie wszystko się rozpoczęło. W rdzawych górach poukrywanych było wiele jaskiń. Właśnie z tego powodu tu przybyli, zresztą z wnętrz grot nie wydobywał się sygnał radiowy i trudno było kogokolwiek namierzyć. W jednej z nich trener położył ostrożnie nieprzytomnego chłopaka. Chłód jaskini przyjemnie orzeźwiał w porównaniu z palącym słońcem Vegety na zewnątrz.


Niemniej mężczyzna rozpalił małe ognisko i opiekał nad nim dwa kawałki pieczeni. Sam był głodny, dzień miał pełen zajęć, a i młody jak się obudzi pewnie będzie głodny. W końcu to Saiyanin. Korzystając ze światła, jaki dawały płomienie Trener opierając się o przeciwległą ścianę czytał książkę i czekał aż Hazard się przebudzi. Nie bardzo skupiał się na czytaniu, myślał jakie słowa dobrać do rozmowy z młodym Nashi .To będzie trudna i poważna dyskusja.

OOC:
Haz regeneracja 70% HP i 100 % Ki

______________________


avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Sro Lut 19, 2014 10:10 am
Ocknął się. Nie otwierał oczu, leżał brzuchem do ziemi na twardej powierzchni. Było nadzwyczaj chłodno, zupełnie nie jak na Vegecie. Poruszył się lekko. Lekarze co prawda doprowadzili go do stanu używalności, lecz Haz nadal odczuwał ból w całym ciele. W normalnych warunkach jeszcze trochę czasu zajmie mu dojście do pełnej sprawności. Oddychał powoli, był nieco zamroczony i miał problemy z oceną sytuacji. Nie wiedział gdzie jest, lecz wyczuwał, że niedaleko znajduje się ktoś jeszcze. Zacisnął powieki i skupił się intensywnie na Ki tej osoby. Wydawała mu się dziwnie znajoma. Ten ktoś siedział za nim. Chciał odwrócić głowę by spojrzeć na niego, lecz jeszcze bardziej pragnął ponownie zapaść w głęboki sen. Tyle że coś mu w tym przeszkadzało….

W głowie Hazard’a zaczęły się pojawiać jakieś dziwne obrazy. Z początku pojedyncze by z czasem przeistoczyć się w całe „filmiki”. Ból, rozpacz, cierpienie – tak można najprościej podsumować ich zawartość. Głowa Saiyan’a eksplodowała, chwycił się za skronie i otworzył szeroko usta w niemym krzyku…. Zacisnął mocno powieki, modląc się by to wreszcie się skończyło. Nie skupiał się na tym, co działo się w jego umyśle, nie docierało to do niego. Chciał po prostu by to przeszło, by ból ustał…. I w końcu tak się stało. Haz wypuścił głośno powietrze, opuścił dłonie. Co za ulga. Oddychał ciężko, głowa nadal pulsowała, lecz był to tylko ułamek tego, przez co przechodził kilka sekund temu. Próbował skupić się na tym co zobaczył, uporządkować to jakoś. Może dzięki temu dowie się co się wydarzyło i dlaczego znajduje się tutaj cały obolały. Było tego jednak tak dużo, że wyłowienie jakichś szczegółów graniczyło z cudem. Leżał tak jeszcze przez jakiś czas, nie chcąc otworzyć oczu, mając nadzieję, że znowu uśnie i obudzi się w dużo lepszym stanie. W nozdrza uderzył mu zapach pieczonego mięsa, co spowodowało burczenie w brzuchu. Nie pamiętał kiedy ostatni raz coś jadł, ale teraz nie było to ważne. Cały czas próbował dociec kto prócz niego znajduje się w tym dziwnym miejscu, lecz nie był w stanie skupić swej uwagi na tyle, by przy pomocy Ki Feeling się tego dowiedzieć. Miał tylko wrażenie, że nie jest to ktoś obcy. Chyba czas wreszcie otworzyć oczy i nieco lepiej zbadać sytuację. Bardzo powoli rozchylał powieki. Z początku obraz był zamazany, ale mógł stwierdzić tyle, iż znajduje się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Dopiero po kilkunastu sekundach wzrok mu się wyostrzył. Patrzył wprost na ciemną ścianę, wydawało mu się że raczej nie jakiegoś budynku mieszkalnego a… skały? Panował półmrok, a jedyne źródło światła pochodziło zza jego pleców. Coś jakby lampa… niee to było ognisko! Dopiero teraz usłyszał charakterystyczne trzaskanie płomieni. Woń przygotowywanego posiłku była tak intensywna, że ślina prawie pociekła mu z ust. Było to jednak nic w porównaniu z tym, jakie pragnienie odczuwał, gardło miał suche jak piasek na pustyni. Spojrzał w dół i dostrzegł, że niemal całe jego ciało pokrywają bandaże, był niczym mumia. Przez to ruchy miał mocno skrępowane, ale chyba da radę obrócić się na drugi bok, bo tam zapewne czekał go ciekawszy widok niż ciemny mur. Na to sił mu wystarczy.

Zaczerpnął powietrza i obrócił swe ciało o 180 stopni, przewracając głowę na drugą stronę. To wszystko przyszło mu ze sporym wysiłkiem. Teraz w końcu dostrzegł tę drugą osobę – to był Trener w czerwonej pelerynie. Stał kilka metrów dalej, czytając coś oparty o ścianę. Trudno było stwierdzić, czy zdał sobie sprawę z tego, iż Haz odzyskał przytomność. Tak jak się domyślił, tuż przed nim płonęło ognisko, nad którym unosiły się dwa duże, niemal gotowe do zjedzenia kawałki pieczeni. Jego brzuch ponownie upomniał się o napełnienie go czymś smacznym, przez co jaskinie wypełniło głośne burczenie. Tak, to musi być jaskinia, nic innego nie przychodziło mu do głowy, stąd ten chłód i ciemność. Hazard zastanawiał się co robi tutaj cały obandażowany, w towarzystwie tego mężczyzny. Nie potrafił sobie przypomnieć co robił ostatnio. Zaraz… na pewno trenował w Rdzawych Górach. Czyżby miał jakiś wypadek? Tak, co całkiem prawdopodobne. Ciekawiło go ile czasu minęło od tamtych wydarzeń i co robi teraz Vulfila. Czy nadal jest na niego wściekła? Może czekała, aż przyjdzie i ją przeprosi? A co jeśli przeleżał tu kilka dni i ona teraz myśli że ją olał? Ból w skroniach znów dał o sobie znać, najwyraźniej jego umysł zalała zbyt duża fala myśli. Zastanowi się nad tym później, teraz musi dowiedzieć się co tak w ogóle się stało. Dość niezdarnie podźwignął się do pozycji siedzącej, co wreszcie spowodowało, iż Trener zwrócił na niego uwagę. Patrzył teraz na niego z twarzą pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu, chyba czekał aż młody Nashi wykona jakiś ruch. Tymczasem Hazard zajął się rozwijaniem bandaży, które powodowały największy dyskomfort. Po paru minutach pozostały już tylko te na klatce piersiowej, przedramionach, oraz cieńsze na udach i do połowy łydek. Teraz może się normalnie poruszać. Powoli wstał, trochę zakręciło mu się głowie i zarzuciło go nieco na bok, ale jakoś doszedł bliżej ogniska, cały czas obserwując z uwagą Mistrza. Usiadł przy ogniu. Jeszcze przez chwilę napajał się wspaniałym zapachem mięska, aż w końcu postanowił się odezwać. Zastanawiał się czy podnieść się na nogi, stanąć na baczność i zasalutować, lecz obawiał się, iż długo nie wytrzyma w takiej pozycji i padnie u stóp Mentora. Zamiast tego skłonił głowę i odezwał się, bardzo zachrypniętym głosem.

- Czy mógłby… yhm yhm - odchrząknął, po czym kontynuował – Czy mógłby mi Pan powiedzieć co tak w ogóle się wydarzyło? I co tu robimy?

Lecz jego umysł jakby czekał, aż zada komuś to pytanie. Nim Trener zdążył coś powiedzieć, odpowiedź sama pojawiła się w głowie Hazard’a. Znowu te mrożące krew w żyłach obrazy, lecz tym razem dużo wyraźniejsze i nie pojawiające się tak szybko po sobie, by ich właściciel mógł uświadomić sobie do czego doszło. Czarnowłosy opadł znowu na ziemię, jęcząc z bólu i zaciskając powieki, lecz po chwili otworzył je szeroko, wpatrując się pusto w przestrzeń.

- Co to do cholery jest? Co to… CO TO JEST!?
Music please --> https://www.youtube.com/watch?v=RPo-JnsLTJc
Wspomnienia Katsu. Te godziny, które spędził kontrolując ciało Saiyan’a. Wszystko co zrobił, każdy zadany cios, każde odebrane życie – to wszystko widział teraz Haz w swojej głowie. Wszystko „emitowane” od końca – tak więc na początek śmierć Vernila*. Chłopak którego poznał kiedyś w stołówce, zabity przez… niego. To on wytworzył w dłoni energetyczne ostrze, to on przebił nim serce chłopaka, wysyłając go na tamten świat…. Dalej cała, niezwykle widowiskowa walka z jakimś młodym chłopakiem, Super Saiyan’em. Następnie Plac przed Akademią, pojedynek z Vernil’em, Vivian i Raziel’em, kolejnymi znajomymi mu postaciami. Szyderczy śmiech, brutalne ataki. Ponadto zabawianie się, bo inaczej tego nazwać nie można, przypadkowymi osobami, odrażające mordy…. A teraz był w środku budynku, przechadzał się korytarzami, zabijając kolejne niewinne istnienia… Vulfila! Tak to ją trzymał za kark i unosił wysoko do góry, by po chwili cisnąć nią z całej siły o ścianę, w którą wbiła się i poleciała dalej….

Co jest grane?! To przecież nie może być on, nie byłby zdolny do czegoś takiego, nawet pod wpływem niesamowitej złości! Ale oto pojawiło się kolejne wspomnienie, które wszystko wyjaśniło. Fioletowa maź przeciskająca się przez wąską ranę z której sączyła się jeszcze krew. A wiec wszystko jasne.

- Tsuful… - wyszeptał w agonii.

Były też inne wspomnienia. Dwukrotnie pojawiały się w nich zniszczone miasta, w tym jedno prawie na pewno znajdujące się tutaj, na Vegecie. A drugie? Chyba na Ziemi. Hazard zaczał wrzeszczeć, nie mógł tego wytrzymać, pragnął tego, by jego głowa eksplodowała, uwalniając go od tego koszmaru. Nie panując nad tym, przeszedł w stan Super Saiyan’a. Nagły podmuch ugasił ognisko, tak ze teraz jedynym źródłem światła była złota poświata otaczająca jego ciało. Niewielkie kamyczki uniosły się do góry. To był niekontrolowany wybuch… złości? Rozpaczy? Chyba po trochu jednego i drugiego. Starał się uspokoić, a przede wszystkim wyrzucił z głowy te myśli, chociaż na chwilę się od nich uwolnić. Ale one cały czas wracały, odtwarzając się na nowo i zmuszając do przeżywania tego jeszcze raz. Ból już się nie zwiększał, osiągnął najwyższy z możliwych poziomów. Haz zaczął tłuc czołem o podłoże, mając nadzieję, że to przyniesie mu ulgę. Gdy uniósł głowę, po nosie spłynęła mu strużka krwi. Wydarł się na całe gardło w stronę sufitu. Przez jego ciało przeszedł prąd, Ki znacznie wzrosła. Ściany zaczęły się trząść, sklepienie sypać im na głowy. Jeśli tego nie powstrzyma, skończą tutaj pogrzebani żywcem….

* Tsuful umyślnie nie przekazał Haz'owi wspomnień dotyczących spotkania i walki z Kuro, tak więc ostatnią rzeczą jaką pamięta są sceny z Vernil'em i Raziel'em.

Trening Start.


Ostatnio zmieniony przez Hazard dnia Czw Lut 20, 2014 4:21 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
NPC.
Liczba postów : 2083
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Rdzawe Góry

on Sro Lut 19, 2014 8:21 pm
Mężczyzna odłoży książkę i spokojnie obserwował Hazarda, dał mu dojść do siebie. Leki z pewnością go jeszcze otępiały. Wydarzenia ostatnich godzin dotarły do chłopaka szybciej i gwałtowniej niż spodziewał się Trener. Kiedy młodzik przemienił się w SSJ, mężczyzna złapał go na karku za koszulkę i wyciągnął z jaskini na place popołudniowe słońce. Dalszy wzrost mocy Hazarda groził zawaleniem jaskini. Sam także dokonał przemiany, już się domyślał, co się zaraz stanie. Spróbował nieznacznie pomóc.

- Tak Tsuful, dobrze pamiętasz. Czemu do cholery nie wykonałeś mojego rozkazu?! Miałeś siedzieć na dupie w swojej kwaterze ale nieeee. Przez Ciebie zginęły setki saiyan. Zdajesz sobie sprawę, co swoją lekkomyślnością narobiłeś?! Zaradziłem Ci tajemnice wielu technik wykraczających ponad Twój poziom, wierzyłem, że będzie z ciebie wspaniały wojownik, a Ty mi się tak odwdzięczasz! Wymagałem tylko tego, żebyś słuchał i nic więcej. Teraz masz ostatnią szansę albo pokarzesz ile jest wart albo zginiesz. Z wielką przyjemnością zaraz skręcę Ci kark.


Wystawił w kierunku Saiyana otwartą dłoń i poruszał kilkakrotnie palcami w swoja stronę dając mu znak aby zaczął pierwszy.

______________________


avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Czw Lut 20, 2014 4:33 pm
To było nie do zniesienia, istny koszmar. Hazard zaciskał pięści tak mocno, że paznokcie przebiły skórę wewnątrz dłoni, powodując głębokie, krwawiące rany. Knykcie co sekundę uderzały w ziemię, ścierając się niemal do żywego mięsa. Ale ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym co działo się wewnątrz Hazard’a. Nie pomagał krzyk, ani żaden inny sposób odreagowania. Dusza Saiyan’a zajęła się ogniem, powodując niewyobrażalne cierpienie. To wszystko jego wina, on jest odpowiedzialny za całą tę katastrofę. Gdyby tylko był silniejszy, gdyby tylko był w stanie przeciwstawić się Tsufulowi – nie doszłoby do tego, nie zginęłaby masa niewinnych osób, nie zraniłby osób na których mu zależało. Nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie słowa rodziców – „Liczy się tylko siła, bo to dzięki niej wyrwiesz się z tarapatów”. Mieli rację, cóż za ironia. Oni, którzy nie dali zaznać mu miłości, której tak potrzebował. Powiedzieć, że byli dobrymi rodzicami to jak skłamać. Nie rozumiał tego co robili, czuł do niż żal za to, że zamienili jego dzieciństwo w piekło. Ale akurat w tym jednym przypadku nie pomylili się. Był za słaby i dlatego dał się omamić pasożytowi.
 
Nadal nie kontrolował wcześniejszego wybuchu, energia cały czas wydobywała się z jego ciała, niszcząc od środka jaskinię. Jeszcze chwila i ściany zaczęły drżeć, a z sufitu spadały coraz większe kawałki skał. Trener złapał go i wywlekł na zewnątrz. Zrobił to w ostatniej chwili – kilka sekund później grota zawaliła się, wzniecając chmarę kurzu i pyłu. Gdy to wszystko opadło, młody Nashi ujrzał swego mentora. On również poddał się transformacji. Stał teraz nad nim i wypowiadał słowa, które paliły, kłuły i rozdzierały Haz’a od środka. Wiedział o tym, był świadom tego, że przez jego głupotę śmierć poniosły setki, jeśli nie tysiące jego pobratymców. Lecz teraz, gdy usłyszał to od kogoś, gdy ktoś mu to wypomniał – nie wytrzymał.
Music --> https://www.youtube.com/watch?v=iPOZZlA0zqs
Wydarł się jeszcze głośniej, po policzkach popłynęły łzy, których w tym momencie nie był w stanie powstrzymać. Kolejne wyładowania elektryczne pojawiły się wokół jego sylwetki. Widział to oczyma wyobraźni, jego własne ręce splamione krwią. Niezliczona ilość ofiar, oraz ich rodzina, przyjaciele, bliskie im osoby opłakujące ich stratę, wybuchające płaczem nad ich martwymi ciałami. To jego, tylko i wyłącznie jego wina. I nie pomagał fakt, że został wykorzystany, że ktoś inny kontrolował jego ciało. Bo wszystko sprowadzało się do tego, iż brakowało mu mocy by się przeciwstawić. Widział pełne wyrzutu, rozczarowania, pogardy spojrzenia tych, na których najbardziej mu zależało. Tych którzy w niego wierzyli, dawali mu siłę, motywowali do dalszego działania. Jak teraz, po tym wszystkim mógłby spojrzeć im w oczy? Chyba już lepsza śmierć. Miał nawet cichą nadzieję, że Mistrz uwolni go od tego wszystkiego. Jego też zawiódł, sam mu to przed chwilą powiedział. Miał ochotę krzyknąć: „Tak! Zrób to! Skończ ze mną!” To z pewnością przyniosłoby złotowłosemu niewyobrażalną ulgę, nie musiałby już znosić tego wszystkiego, śmierć zabrałaby ze sobą wszystkiego jego problemy….
 
Lecz nie zasługiwał na to. To byłby dar od losu, akt miłosierdzia, na który nie zasługiwał. A na co w takim razie zasłużył? Na to, by żyć i do końca swoich dni, do ostatniej sekundy zmagać się z tym wszystkim, żałować, cierpieć i błagać o wybaczenie. I tak właśnie musi zrobić. Odpokutować, chociaż część, bo na całość potrzebowałby wieczności. Musi żyć, uratować tyle istnień, ile uśmiercił w ciągu ostatnich godzin. To jedyny sposób, by jego żywot nabrał jakiegokolwiek sensu. Powód dla którego warto istnieć.
 
Ale żeby to wszystko osiągnąć, potrzebuje mocy, o wiele większej niż posiadał teraz. Kilka dni temu był pewien, iż jest wystarczająco silny by się bronić, a także by ochraniać bliskie mu osoby. Tsuful udowodnił mu że się mylił. Potrzebuje jej więcej, dużo więcej, by zrealizować te cele. A to co się z nim teraz działo… czy to nie jest kolejna próba przekroczenia swoich możliwości, zdobycia owej siły? Nadal wydzierał się wniebogłosy, łzy spływały mu po policzkach, zakrwawione pięści zaciśnięte były tak mocno, aż całe pobielały. A Ki rosła i rosła, wkraczając na kolejny poziom. Trener, zachęcający go przed chwilą do walki, został teraz odepchnięty, przytłoczony tą niesamowitą aurą. Wszystkie te negatywne uczucia skumulowały się w ciele Hazard’a, szukając drogi ucieczki. I wreszcie….
 
Potężny wybuch wstrząsnął okolicą. Potężne, piętrzące się ponad nimi jaskinie zadrżały, a najmniejsza z nich zawaliła się. W niewielkiej dolinie, gdzie stały dwie osoby, utworzył się płytki krater o średnicy kilkudziesięciu metrów. Stojący w samym jego środku, młody Saiyan emanował potężną energią. Zmienił się: mięśnie powiększyły się, włosy podniosły jeszcze wyżej i jakby zwiększyły swą długość, żadne pasmo nie opadało już na czoło. A cała sylwetka spowita była ostro zakończoną, złotawą aurą oraz wyładowaniami elektrycznymi. Młody Nashi przestał krzyczeć. Opuścił głowę, dysząc ciężko. Zaciśnięte pięści nieco się rozluźniły. Udało mu się „wskoczyć” na drugi poziom Super Saiyan’a. Ale na krótko…. Poświata zanikła, włosy opadły w dół i zmieniły kolor na czarny. Haz upadł ciężko na kolana. Ta transformacja go wyczerpała. Jeszcze przez chwilę klęczał, po czym przewrócił się na bok, lecz nie zemdlał. Oczy, z których nadal wypływały łzy, były otwarte, wpatrując się pusto w przestrzeń przed sobą. Tysiące myśli kłębiło się teraz w głowie chłopaka, lecz wszystkie sprowadzały się do jednej.
 
 - Muszę opuścić tę planetę – rzekł cicho, bardziej do siebie, niż do Mistrza – nie mogę tu zostać.
 
W tej chwili nie wyobrażał sobie dalszej egzystencji na Vegecie. To już nie było jego miejsce, jego dom. Żal mu było je opuszczać, lecz za sprawą ostatnich wydarzeń został do tego zmuszony. Miał nadzieję, że ta garstka osób dla których w jakiś sposób jest „ważny” to zrozumie. A może uznają go za martwego? Tak chyba nawet będzie lepiej. Za jakiś czas o nim zapomną, nie będą pamiętali kim dokładnie był Hazard. Pozostanie tylko wspomnienie o krzywdzie jaką wyrządził swojej rasie….
avatar
NPC.
Liczba postów : 2083
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Rdzawe Góry

on Pią Lut 21, 2014 6:53 pm
- No chłopaki nie płaczą – powiedział trener podnosząc Hazarda za ubranie i prowadząc z powrotem do groty.

- Zmieniłem zdanie zatłukę Cię później, głodny jestem. Mam zasadę, że nie morduję przed jedzeniem, bo mi to apetyt odbiera. Siadaj i spróbuj coś przełknąć mimo wszystko. Jak i tak masz umrzeć to nie o pustym żołądku.

Wystrzelił ki-blast i ognisko ponownie wesoło zaskwierczało. Trener podał młodemu mięsko, kawałek chleba i wody. Prawie jak ostatni posiłek. Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę, w końcu zniszczył w dłoni swój scouter i się odezwał.

- Szlag, już dziś trzeci scuter Tsuful mi zniszczył. Cholera mnie bierze, że to akurat padło na Ciebie ale jeśli nie Ty to kto inny byłby ofiarą. To wszystko nie jest tak, jak Ci się wydaje we wspomnieniach, znaczy jest ale nie do końca. Ech, wiem że to świeża sprawa ale nie przyszło Ci do głowy, że walczyłeś tylko z samymi słabymi wojownikami. Powiedzmy, że ktoś, zrobił sobie igrzyska śmierci i Ty miałeś pecha, a teraz za to czeka cię śmierć. No nic pyszne było, zostawię Cię samego na 10 minut, pożegnaj się ze światem, pomódl jeśli masz jakiegoś Boga, czy w co tam wierzysz. Aha i jeszcze jedno, nie wykonałeś jeszcze innego mojego rozkazu. Altair nie żyje. To powinno należeć do Ciebie

Trener rzucił chłopakowi pod nogi medalion w kształcie wilczego pyska, który nosił Altair. Wziął książkę i wyszedł. Szedł przed siebie pogwizdując i nie zamierzał juz wrócić. Wstając z kieszeni wypadła mu mała kapsułka ale on chyba nie zwrócił na to uwagi.

Kapsułka zawierała jeden statek kosmiczny, w środku na siedzeniu pilota znajdowała się Saiyańska zbroja Natto i dwa komplety uniformów. Pod siedzeniem standardowo apteczka i prowiant. Na siedzeniu leżała też kartka. Trudno to nazwać listem ale widniało tam kilka zdań skierowanych do Hazarda.



To nie twoja wina, byłeś tylko narzędziem ostatnich wypadków.

Nie zarysuj mojego maleństwa.

Masz przeżyć i wrócić silniejszy. Bo jak nie to sam Cię znajdę i przywlokę.

Czekamy na ciebie.


Przecież Trener wprost nie powie, ze troszczy się i martwi o swoich żołnierzy.

OOC:
Haz - fruniesz i możesz przejść do Skipa.

______________________


avatar
Hazard
Liczba postów : 863
Data rejestracji : 28/05/2012

Skąd : Bydgoszcz

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Rdzawe Góry

on Nie Lut 23, 2014 5:07 pm
Leżał na ziemi, oddając się rozmyślaniom. Siły znów go opuściły, nie było śladu po nagłym wybuchu sprzed kilku minut. Umysł miał jednak jasny, wiedział doskonale co robić. Musi za wszelką cenę opuścić planetę, zatrzymać się na jakiś czas gdzie indziej. Kiedyś wróci, może za rok, może za 2 lata, albo za 5, ale wróci. Nagle poczuł jak ktoś podnosi go za skrawki ubrania do góry. Odwrócił głowę i dostrzegł, że Trener niesie go z powrotem do groty, a raczej do jej szczątków. Rzucił go na piach, a sam zajął się ponownym rozpaleniem ogniska. Po chwili podał mu upieczony kawał mięsa, a także chleb i butelkę wody, a to co mu powiedział spowodowało, że Haz omal nie wypluł wody, na którą od razu się rzucił. Będą problemy. Zaraz po posiłku ma się odbyć jego egzekucja. Nie może na to pozwolić. Ale jak przeciwstawić się komuś takiemu jak mężczyzna stojący teraz naprzeciwko? Nawet w tym nowym stadium ma z nim niewielkie szanse, a w dodatku nie jest w pełni sił, czego nie można powiedzieć o "kacie". Musi szybko obmyślić jakiś plan działania, inaczej jego żywot skończy się tutaj, w tym gruzowisku.

W planowaniu przeszkodziły mu jednak słowa Mistrza. To co usłyszał młody Nashi wprawiło go w stan osłupienia. To wszystko było zaplanowane? Ktoś zabawił się kosztem niższej rangi żołnierzy? Fakt, z tego co widział we wspomnieniach Tsufula, nikt o randze wyższej niż jego własna nie pofatygował się do pomocy. Chociaż nie wiedział nic o zakończeniu, o tym kto w końcu go pokonał. Najwyraźniej nie był to jednak żaden Kapitan. Ze słów, oraz wyrazu twarzy Trenera wywnioskował, iż cała ta zabawa była dziełem kogoś stojącego wysoko, może nawet samego Króla? Czy Zell jr. posunąłby się do czegoś tak szalonego? Mimowolnie zacisnął w dłoni pustą już butelkę. To z tego powodu to wszystko? Komuś się nudziło, a teraz on, a także tysiące zabitych przez niego Saiyan, ma zapłacić za to najwyższą cenę? Zalała go fala gniewu. Miał wielką ochotę stanąć przed obliczem osoby odpowiedzialnej za ostatnie wydarzenia i trzasnąć ją w twarz. Jednak przyniosło by mu to jedynie chwilową ulgę. Niezależnie od tego co usłyszał, on sam również ponosił winę za to wszystko. Dał się omamić glutowi, który posłużył się jego mocą. Do końca życia będzie się to za nim ciągnęło. Już nigdy nie zazna spokoju.

Ciężko było mu teraz przełknąć cokolwiek, lecz zmusił się do zjedzenia pieczeni i bochenka chleba by zagłuszyć uporczywe burczenie w brzuchu. Był dopiero w połowie posiłku, gdy Mistrz wstał, rzucił mu coś pod nogi i wyszedł, informując go o śmierci Altair'a, oraz o tym, że wróci za 10 minut by z nim skończyć. Hazard'owi żołądek podszedł do gardła. Nie zdążył nic wymyślić. Nie przejmując się przedmiotem lezącym obok prawej stopy. Wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział Trener. Zauważył to, coś wypadło z kieszeni uniformu gdy mężczyzna wstawał. Za pomocą Ki Feeling śledził jego poczynania. Oddalał się, powoli, lecz był coraz dalej. Odczekał jeszcze minutę, po czym rzucił się w kąt groty. Znalazł tam kapsułkę. Długo się nie zastanawiając, nacisnął i rzucił przed siebie. Z kłębów dymu wyłoniła się... kapsuła kosmiczna! Nie mógł uwierzyć, właśnie tego teraz potrzebował! Obszedł ją naokoło, upewniając się, że jest sprawna. Następnie otworzył właz i zajrzał do środka. Na siedzeniu leżały dwa, nowe uniformy, oraz pancerz, sądząc po kroju przeznaczony dla żołnierzy rangi Natto. Oprócz tego apteczka i prowiant. I było coś jeszcze - kartka papieru. Zaintrygowany podniósł ją na wysokość oczu i przeczytał.

Hazard z ulgą opadł na jedyną, stojącą jeszcze ścianę i wypuścił głośno powietrze ustami. Był uratowany. Mentor był po jego stronie, inaczej nie umożliwiałby mu ucieczki z Vegety. Jeszcze raz przeczytał te 4 krótkie zdania.  
"To nie twoja wina, byłeś tylko narzędziem ostatnich wypadków." To pocieszające, ale i tak nie pomagało. Miał pretensje do samego siebie, że nie był w stanie przeciwstawić się Tsufulowi.
"Nie zarysuj mojego maleństwa." Pomimo ostatnich wydarzeń uśmiechnął się lekko pod nosem. Odczuł też coś w rodzaju dumy, jako że Trener ofiarował mu swoją własną kapsułę.
"Masz przeżyć i wrócić silniejszy. Bo jak nie to sam Cię znajdę i przywlokę." O to akurat nie trzeba się martwić. Ostatnie wydarzenia spowodowały, iż Haz pragnął stać się silniejszy, by drugi raz taka sytuacja się nie powtórzyła. Czy wróci? Na pewno, a to z powodu pewnych osób...
"Czekamy na ciebie."W to akurat wątpił. W najlepszym przypadku, osoby które będą wyczekiwać jego powrotu, można by policzyć na placach jednej ręki. Większość zapewne mu tego nie zapomni. I trudno im się dziwić, skoro przez niego stracili rodzinę czy przyjaciół. Nie będzie tu mile widziany.

Czując, że nie musi się jakoś strasznie śpieszyć z odlotem, podszedł do miejsca gdzie spożywał posiłek i przyjrzał się z bliska przedmiotowi, który dał mu Mistrz. Był to medalion w kształcie wilczego pyska, wyposażony w gruby, srebrny łańcuch. Przez chwilę zastanawiał się co mężczyzna miał na myśli mówiąc: "To powinno należeć do Ciebie". Poprzednim właścicielem był Altair, czemu teraz ma być jego własnością? Po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że to prawdopodobnie jakaś pamiątka rodzinna, wskazywałby na to osobliwy kształt medalionu. Zawiesił go sobie na szyi i wyszedł na zewnątrz. Niezmiennie na niebie widniało palące słońce, oświetlając teren. Nagle, kilkanaście metrów dalej dostrzegł jakiś kształt. Promienie słońca tańczyły na srebrnym ostrzu... Haz podbiegł tam, chwycił za rękojeść i wyciągnął z ziemi duży miecz. Obejrzał go dokładnie, mając wrażenie że nie widzi go po raz pierwszy. Nie potrafił sobie jednak przypomnieć skąd może go kojarzyć. Uznał natomiast, iż to przydatna rzecz i postanowił zabrać go ze sobą. 5 minut później wsiadał do kapsuły kosmicznej, uprzednio przebierając się w nowy, czarny uniform. Pancerza na razie nie zakładał, nie było takiej potrzeby. Pod siedzeniem znajdował się prowiant, oraz apteczka, w której schowany był też list. Oparty o fotel spoczywał znaleziony miecz. Hazard był gotów do podróży. Nie wiedział tylko jakie koordynaty wpisać. Przejrzał historię lotów i wcisnął losową planetę. Maszyna zaczęła wydawać z siebie dźwięki świadczące o tym, iż za chwilę wzbije się w powietrze i rozpocznie lot. Po raz ostatni przeskanował Vegetę, koncentrując się na Akademii. Wyczuł znajome mu energie, co prawda osłabione, ale jednak. Skupiając się przez dłuższą chwilę na Ki Vulfili, udał się w podróż w nieznane.

Z/T -->  http://dbng.forumpl.net/t739-masayoshi i tam też zamieszczę posta skipowego. Tak dla wyjaśnienia -  znaleziony miecz należał uprzednio do Detektywa, zaginął w trakcie walki z Katsu, a teraz się odnalazł. No to co, do zobaczenia za 2 lata Smile


Ostatnio zmieniony przez Hazard dnia Pon Sie 15, 2016 10:36 pm, w całości zmieniany 1 raz

The author of this message was banned from the forum - See the message

Sponsored content

Re: Rdzawe Góry

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach

Copyright ©️ 2012 - 2018 dbng.forumpl.net.
Dragon Ball and All Respective Names are Trademark of Bird Studio/Shueisha, Fuji TV and Akira Toriyama.
Theme by June & Reito