Dragon Ball New Generation Reborn

Share
Go down
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Wioska Kuro

on Pon Lut 17, 2014 9:03 pm
First topic message reminder :

Wioska znajduje się na obrzeżach Czerwonej pustyni. Liczy około 300 mieszkańców, z czego 90% to Half-Saiyanie szukający schronienia przed prześladowaniem ze strony saiyan czystej krwi. Większość chat zbudowana jest z gliny pomieszanej ze słomą, rzadziej z cegieł. To sprawia, że z dala nie widać dokładnie jak jest dużą. Bardziej okazalsze domki należą do żołnierzy i kupców, których w wiosce jest niewielu. Uliczki i obejścia są skromne i czyste, wszędzie biegają chude umorusane piachem dzieci. Domy budowane z najtańszego surowca wskazywały na stan majątkowy mieszkańców. Ponad 60% mieszkańców dysponowało zbyt niskim poziomem mocy aby mogli zostać przyjęci do akademii. Większość z nich żyje skromnie wiążąc jakoś koniec z końcem. W wiosce jest karczma, szkoła itp.

Dom Kuro znajduje się w zachodniej części wioski. Przed domem tkwią dwie flagi. Jedna z symbolem Vegety, natomiast druga z symbolem rodowym.




Wygląd domku Kuro w przybliżeniu. Dom zbudowany jest z czerwonej cegły, nie ma śniegu i kwiatków w oknach Very Happy

______________________



Sora
Liczba postów : 631
Data rejestracji : 28/03/2013


Identification Number
Punkty Życia:
700/700  (700/700)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki: 1
http://rexvil.deviantart.com/

Re: Wioska Kuro

on Nie Lip 26, 2015 2:21 am
Zignorowałem komentarz Dragota na temat ryżu.
Nigdy nie przeszkadzała mi obecność innej osoby w kuchni, tak samo jak i obecność demonów, a przynajmniej tak długo jak przez drugą osobę nie przemawiał przemożny głód, który miał być zaspokojony tym, co przygotowywałem bądź mną... Szczęśliwie, Dragot nie wydawał się być zainteresowany żadną z opcji. Nawet nie zauważyłem kiedy zwlekł zwłoki... czegoś do kuchni. Pierwszy zaalarmował mnie węch. Na widok tego czegoś tylko spojrzałem zmrużonymi oczami na demona;
- Bierz to coś, czymkolwiek to jest z kuchni, ani mowy nie ma żebym to przyrządził, jestem początkującym kucharzem a nie karcynologiem, entomologiem, arachnologiem czy jakkolwiek by się nie nazywał naukowiec odpowiedzialny za to... - powiedziałem ostrzegająco, nieco ostentacyjnie wskazując w ogoniastego czubkiem trzymanego noża.
Nigdy nie byłem zaborczy w kuchni, nie czułem się uprzywilejowany do takiego zachowania jednak nawet zdrowy rozsądek odradzał wzbudzania waśni z osobami dzierżącymi ostre przedmioty.

Rebelianci w końcu zaczęli się gromadzić przy zastawionym stole. Nowy dzień przyniósł nowe wieści o zeszłonocnych decyzjach. Początkowo nie wiedząc o czym mowa, jedynie słuchałem. Wolałem ukryć swój brak rozeznania w temacie z dosyć oczywistych przyczyn, jednocześnie licząc, że z biegiem wydarzeń sęk sprawy sam się ujawni. W pewnym sensie się nie pomyliłem, po chwili myślenia domyśliłem się o co ten szum. Wcale nie spodobały mi się moje wnioski...
Nie można było odmówić April odwagi, dać się dobrowolnie pochłonąć to akt niemałego męstwa i zaufania, ale czy to na pewno najlepsze posunięcie? Bezsprzecznie, miało to swoje dobre strony. Po absorpcji Dragot stanie się silniejszy, co wzmocni Nether, kluczowy element naszego planu, jednocześnie, w jego ciele Halfka będzie dobrze chroniona przed czynnikami zewnętrznymi. Ale czy to równie dobre jak zatrzymanie dziewczyny na polu walki?
Nie mnie było o tym decydować, mimo pewnych wątpliwości postanowiłem zaufać doświadczeniu Hikaru i zaufaniu April do demona.
Czymś jeszcze czego nie brakło niebieskookiej było poczucie humoru, chcąc, nie chcąc tylko tak mogłem uzasadnić nazwanie mnie aniołem, jak to ona zrobiła.
-”Reinkarnacja połowy księcia demonów, a żeby jeszcze tej lepszej, a tu tej gorszej, co więcej uczeń obecnego króla... I coby tego było mało, od młodego szkolony na zabijakę. I ja mam być aniołem, co?” - pomyślałem.
Może i moje rozumowanie nie było najbardziej rozsądne, a na pewno pretensjonalne, lecz rozbawiło mnie to nieco.
Faktom nie da się zaprzeczyć, istniało coś takiego w Rukei'u co łączyło mnie z nim, coś w naszych energiach zaiste było podobnego... Wcześniej odtrącałem od siebie te myśli, ale, w końcu musiałem przejrzeć na oczy.
Zmusiłem się do zmiany swojego cierpiętniczego wyrazu twarzy, nim ktokolwiek mógł, na na pewno powinien go zauważyć.

Kuro niezaprzeczalnie musiał być torturowany przez własny umysł i emocje, w najmniejszym stopniu mu się nie dziwiłem i nie zazdrościłem, za to, serdecznie współczułem. Głupio aż się poczułem uświadamiając sobie jak niewiele mogę zrobić by podnieść Saiyanina na duchu. Mało znałem się na tego typu sprawach, życie w społeczeństwie, otwarta emocjonalność... Dla mnie stanowiły przysłowiową czarną magię, gdzie ironicznie, faktyczna czarna magia była mi nadspodziewanie bliska... Zawsze miałem dualistyczne nastawienie do własnej rasy, czułem z ludźmi solidarność ale i obcość pośród nich. Kontakty ograniczałem do minimum. Ciągnęło mnie do innych, mroczniejszych istot, nawet jeśli i Ziemianie potrafili się okazać gorsi od stworzeń ciemności. Wtedy jednak, na Vegecie, stanowiłem jedynego pełnokrwistego przedstawiciela swojej rasy. April z powodzeniem mogłaby uchodzić za człowieka pod względem charakteru, choć vegetańskiego zapału i odwagi jej nie brakło. Chyba tylko to pozwalało mi okiełznać zawstydzenie i nerwowość towarzyszące jej towarzystwu... Gynofobia to jednak paskudna przypadłość... Hikaru dosyć widocznie stawiał się ponad tak ludźmi jak i Saiyanami, czemu się nawet nie dziwiłem. Kuro też pod wieloma względami mógł uchodzić za Ziemianina. Ja niestety tak bardzo ludzkich cech i zdolności nie posiadałem. Empatia zawsze była czymś ponad wszystkimi rasami i każda w mniejszym lub większym stopniu ją posiadała, może nie tyle do innych gatunków co do swojego własnego... A praktycznie wszystkie „ludzkie” odruchy skupiały się w jednej osobie, Kaede. Czy to dlatego tak zawzięcie broniłem się przed zaakceptowaniem jej boskości? Możliwe... Zazdrość to potwór o zielonych oczach, co? Czułem wyraźny brak tego ludzkiego pierwiastka w sobie, a przez to nieopisaną pustkę w swojej osobie. Wiedziałem, że właśnie w tej chwili takie rzeczy jak zaufanie, empatia i zdolność do podnoszenia na duchu... Potrafiłem okazać się mentalnie pomocny tylko osobom podobnym do mnie, odludkom. I tak to się kończyło, że człowiek czasami i co sam czuje nie wie.
Widać, taki los, cholera...

Dzień toczył się dalej swoim, zarazem normalnym i nienormalnym rytmem... Od rana, zaraz po śniadaniu udałem się do zielarni, co ciekawe towarzyszył mi Dragot... Na pewno słyszał co mamy w planach, więc musiał mieć jakiś interes w roślinach i ich właściwościach. Jaki, to mnie niezbyt interesowało, a mimo to się dowiedziałem. Bez przeszkód mógłbym żyć bez tej wiedzy.
Niechętnie, ale dałem się namówić na współpracę, choć nie wiem jak, bo w pewnym momencie sam sobie musiałem przypominać, że mam coś ważniejszego na głowie. Stwierdziłem, że pomoc w realizacji celu demona nie zajmie dużo czasu, bo i zadanie było proste. Nie pomyliłem się w kalkulacjach. Stworzywszy coś potwornego, co nawet w moich oczach zasługiwało na gorszą renomę od środku stworzonego ku immobilizacji, względnie pacyfikacji Saiyan, zakończyłem współpracę z demonem. Wróciłem do produkcji wymyślonej poprzedniego dnia mieszanki. Przygotowałem pierwszą, próbną dawkę i przekazałem ją Hikaru, by ten mógł wyprodukować jej więcej w swoim laboratorium. Buro-zielona, gęstawa ciecz o ostrym, piekącym zapachu miała dość mocy by odstraszyć vegetańskie pustynne robactwo, a to już chyba można potraktować jako coś.

Południe minęło i nastała pora, która zdaniem specjalistów najlepiej nadawała się do ćwiczeń fizycznych. Co z kolei zdaniem większości nauczycieli sztuk walki było kompletną bzdurą, wszak najlepszą porą była każda pora, tak dnia, jak i nocy. Spór ten pozostaje nierozwiązany od wielu lat i żadna ze stron, mimo argumentów tej drugiej, nie chce za nic ustąpić ze stanowiska. Sam w tej kwestii nie zajmowałem stanowiska, nie miałem czasu na takie rzeczy.
Hikaru postanowił poinstruować nas co do różnych „sztuczek” używanych przez żołnierzy z Vegety, zdecydowanie to dobry ruch. Zastanawiałem się czy samemu nie wyciągnąć swoich nieczystych zagrań, wszak miałem ich pełen wachlarz, nadawały się na taką okazję. Oni nie będą nas oszczędzać, więc my ich też nie musimy, prawda? Ale... jednak w końcowym rozrachunku to też żyjące i czujące istoty, i to nie wcale one są winne, a ich król. Ehh... Czasami moralność była upierdliwą cechą, której wcale tak bardzo nie ceniłem. W naturze pojęcie moralności nie istnieje i nie istniało nigdy i jak wiadomo, sprawdza się to od zarania dziejów. Wygrywali najsilniejsi i to oni mogli dyktować warunki i płodzić kolejnych silnych.

Nie spodziewałem się, że to akurat na Vegecie zaczną się we mnie odzywać wpojone demoniczne nawyki. Nawet jeśli w towarzystwie znajdowały się, jak się okazało, dwa demony, to nie upoważniało mnie to do bezmyślnego poddawaniu się „ceremoniałom” nabytym od samego Króla Demonów. Nawet pomijając kwestie etyczne i estetyczne. Byłem człowiekiem i nigdy nie powinienem o tym zapominać, nawet jeśli żyłem jak demon, to nie byłem nim. Miałem dosyć wyraźne zrozumienie dla tych istot, nawet jeśli każdy z nich był jedyny w swoim rodzaju, mimo to... Nie mogłem zapomnieć kim byłem, kim jestem...

Następny dzień chciałem spędzić na medytacji i doszlifowywaniu środka pacyfikacyjnego, sądziłem, że tak najlepiej zagospodaruje czas przed wieczornym treningiem, jeśli można to tak nazwać, bo jednak celem treningu miało być jedynie rozgrzanie mięśni i rozprostowanie kości. Nic specjalnego, ale zawsze jakieś zabezpieczenie na wszelki wypadek. Po drodze mieliśmy omawiać dokładny plan działania. Wszystko wydawało się, jak do tej pory. Nikt z mieszkańców nic nie mówił, nikt nie szeptał. Czy to efekt zapewnień Kaede? Przyszli towarzysze broni też nie wydawali się aż tak nerwowi jak można się było spodziewać. Wszystko było dosyć... rutynowe, jakby takim rytmem odbywało się od dawna. Wątpliwości jednak nie przychodziły nikomu na myśl, to była cisza przed burzą.

Sądziłem, że w moich planach nie przeszkodzi mi nikt, bo i na co to komu? Sądziłem, że nikt nie znajdzie interesu w niepokojeniu mnie. Myliłem się. Tym kimś, bo jakżeby inaczej, okazał się Dragot. Przyszedł do medytującego mnie z propozycją kolejnego sparingu. Trochę mnie korciło by skorzystać, miałem w gruncie rzeczy pewną technikę, czy raczej udoskonalenie jednej z opanowanych przeze mnie technik, do wypróbowania, a demon sam się zgłosił na królika doświadczalnego. Grzech nie skorzystać, prawda? Ale z drugiej strony musiałem się powstrzymywać, nie powinienem był marnować energii na taką dosyć bezsensowną potyczkę. Różnica w mocy rysowała się wystarczająco wyraźnie i Dragot już ostatnim razem musiał to poczuć, czemu więc znowu chciał próbować?
Nie próbowałby, gdyby nie miał przekonania, że tym razem pojedynek będzie miał inny wynik, więc pewnie udało mu się opracować strategię, dzięki której, może i nie wygra, ale zbliży się do tego. Zaciekawił mnie tym, musiałem mu to przyznać. Tak czy inaczej, musiałem odmówić.
Jemu to najwyraźniej nie wystarczyło, jak na moje coś za bardzo na to nalegał. Jednakże, kiedy po mojej kolejnej odmowie zaatakował, miarka się przebrała...
Nim się obejrzałem, zniknęliśmy w Netherze. Co za upierdliwy gość...

Gdy było po wszystkim, okazało się, że to już wieczór. Całe moje plany poszły się... Ale miałem powody sądzić, że dałem demonowi należytą nauczkę.
Trening miałem za sobą, niestety resztę wieczoru musiałem poświęcić na dyskusje na temat planu działania. Byłem spokojniejszy, niż sądziłem, że będę, co w sumie wyszło na dobre całemu ogółowi.

OOC: Post skipowy
Redka
Liczba postów : 820
Data rejestracji : 21/07/2012


Identification Number
Punkty Życia:
500/500  (500/500)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki: 0

Re: Wioska Kuro

on Nie Lip 26, 2015 11:08 am
Zaczepki z jego strony wobec Kuro nie przyniosły pocieszenia, ale przynajmniej mógł przez chwilę nie myśleć o utracie April i o tym, co będzie dalej. Odpoczynek umysłu od dręczących spraw nie mógł trwać wiecznie, nie mniej jednak wyładowanie się w taki lub inny sposób mogło mu pomóc. Sam zresztą szybko pozbierał się, nawet zabrał Reda do kilku mieszkańców wioski. Demon nie mógł spojrzeć w twarz osobom bliskim tych, których mógł zabić na orbicie Ziemskiej. Wielka przykrość rodziców, rodzeństwa, znajomych osoby, która nie wróciła z misji, odbijała na demonie piętno, mimo to będąc kotem nie dane było po nim tego widać. Chociaż… spojrzenie zmatowiało, skulony bardziej we włosach Kuro za nic w świecie nie chciał z nich wychodzić, ogólnie przygnębienie nie odpuszczało go nawet na moment. Nawet dzieciaki, które chciały go „pogłaskać”, nie poprawiły mu humoru. Dobrze, że Kuro czuwał nad zawieszonym gdzieś w czasie i przestrzeni przyjacielem, gdyż nic by z niego nie zostało po oblężeniu małych wojowników Vegety. Czuł się taki bezużyteczny, wręcz szkodliwy, a przecież miał głębokie przekonanie, iż tak trzeba było postąpić z najeźdźcami. Grubo się pomylił. Ale co miał innego zrobić? Nie nadawał się do polityki/dyplomacji, do pokojowych rozwiązań tym bardziej. Mógł przynajmniej honorowo potraktować żołnierzy z Czerwonej Planety…
Co się stało, to się nie odstanie, lecz pamięć o tym zdarzeniu dołączy do poprzednich koszmarów nękających go na jawie i śnie.
Utrata June oraz wchłonięcie April także odbiła się na nim znacząco. Nie zrobił nic, by tym zdarzeniom zapobiec. Wiedział, że Halfka świadomie poddała się odważnej decyzji o absorpcji na rzecz zwiększenia mocy Arcydemona Dragota, lecz i tak mogli pomyśleć o mniej dotkliwym dla Kuro rozwiązaniu. Jego dołek też nie przeszedł obojętnie, i tym razem nie zostawi przyjaciela w potrzebie. Mimo, iż ich przyjaźń należała do tych o trudnych korzeniach, nie wyobrażał sobie pozostawienie samemu sobie z problemem Króla, tym bardziej, że już się zaangażował od tej brudniejszej strony. Nie narzucał się z niczym (bo jak, jak nie mógł nic powiedzieć na głos?), więc słuchał uważnie towarzysza, na którego głowie lub ramieniu gościł najczęściej przez te dwa dni. Skinieniem łebka lub mruczeniem, albo packaniem łapką po uchu dawał różne sygnały, że zgadza się lub nie na dane słowa. Nie wiedział na ile taka rozmowa z kotem pomagała, lecz najwyraźniej na tyle, by nie czuć się skrępowanym w towarzystwie dawnego mordercy Hikaru. Działało to w obie strony - kot przebywał najczęściej z Kuro, jakby najlepiej z nich wszystkich znał, co poniekąd było prawdą. Natomiast wobec innych już nie był taki swobodny, wszak znali Reda od tej groźniejszej, silniejszej strony, a tu taki słodki futrzak miauczeniem domagał się jedzenia… eh, porażka. No i to, że dostał pozwolenie na spanie w łóżku obok przyjaciela a nie na podłodze było również miłym zaskoczeniem i ofertą, z którego skorzystał od razu. Zwłaszcza, że poprzedniej nocy nie spał wcale.
Wypoczynek dobrze przysłużył wszystkim, demonowi również. Jako, że na polu walki był bezużyteczny, Kuro wymyślił, iż będzie jego oczami podczas pełni. Komunikacja werbalna nie wystarczyła, tutaj trzeba było wprowadzić odpowiednie gesty czy zachowania, by wojownik zareagował natychmiast. Z początku próbował przekazywać głosem różne komendy, lecz Red szybko tracił energię, dlatego zdecydowali się na połączenie - głosu z gestami. Nawet packanie łapką po głowie miało już swój przypisany algorytm postępowania, także w ciągu jednego dnia zżyli się ze sobą na tyle, iż rzeczywiście kot zastępował wzrok Kuro.
Drugi dzień Red spędził na wyzwolenie z siebie jak najwięcej energii, by przygotować się na jej użycie w trakcie potyczki. Tak więc medytacja, walka o dominację nad zwierzęcym instynktem oraz wydobycie z siebie energii świadczyło o tym, że trening przebiegał pomyślnie. Od czasu do czasu przechadzał się między innymi wojownikami i śledził ich poczynania. Lecz z powodu swojego wyglądu i kociej natury bardzo łatwo było go przepłoszyć. Wtedy wracał do Kuro i uczepiał się jego ramienia lub włosów. Zazwyczaj mając w pyszczku wykradzioną jedną sztukę lub całą paczkę ciasteczek od Kaede.
Ale raz popołudniu drugiego dnia, kiedy dostrzegł, że Dragot nie ćwiczył już, zdecydował się na przekazanie pewnej informacji. Nie wiedział jak zareaguje, lecz niech wie, że June nie spotkają już na wojennej ścieżce za życia. Podszedł bezszelestnie do demona i usiadł przed nim, a ogon w tyle kręcił się w wahadłowym ruchu, jakby chcąc go zahipnotyzować. Ten koci wzrok nie był przypadkowy.
>>>Dragot, słyszysz mnie?<<< przyglądał się przez chwilkę rozmówcy, gdy dodał kolejne słowa >>>Jako, że współpracowałeś z June na Vegecie, muszę Ci coś przekazać. Otóż ona... nie wróci do nas. Poświęciła życie za ratowanie istnień na Ziemi i przepadła. Nie chcę stracić kolejnego demona, zwłaszcza że obiecałeś mi pomoc "w okiełznaniu żądzy krwi".<<<
Średnio wyszła mu mowa motywacyjna, lecz przynajmniej przekazał, na czym stoją. Demony mimo wszystko powinny trzymać się razem. Zaraz też odszedł od Dragota, by wojownik miał czas na swoje wnioski, a Red udał się na parapet wygrzewać się w promieniach zachodzącego słońca Czerwonej Planety.

[Ooc: koniec treningu i time skip]


Ostatnio zmieniony przez Red dnia Nie Lip 26, 2015 10:58 pm, w całości zmieniany 1 raz (Reason for editing : Edycja o dodanie jednego akapitu)
avatar
Hikaru
Liczba postów : 900
Data rejestracji : 28/05/2012


Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Nie Lip 26, 2015 8:41 pm
Czas mijał. Mieli dwa dni do pełni księżyca i przerobienie planety na małpi gaj. Niekontrolowane goryle wielkości wieżowca mogą być bez wątpienia problemem, ale sayanie nie po raz pierwszy przecież przeżywali pełnie swego satelity. Większość z nich potrafi panować nad małpią częścią ich natury. Większość. Dalej zostaje mnóstwo młokosów, którzy tego nie potrafią. Choćby Kuro miał spore problemy z panowaniem nad bestią, dlatego też zakładał gogle specjalnie tłumiące fale Burtza. Hikaru przygotował dla niego specyfik, który powinien wytrzymać całą noc, zneutralizuje fale księżyca, a raczej te enzymy i hormony budzące małpę. Hikaru tego nie potrzebował, bo ogon zyskał sztucznie, nie miał w sobie tej bestii. Przeżył już na różnych planetach pełnię i nic mu nie było. W końcu poprosił smoka o sam ogon, a nie o Oozaru.

Czas jaki im pozostał spędził na pokazaniu różnych sztuczek, w różnych sytuacjach w czasie walki z oddziałami króla. Brudnych sztuczek, które w honorowym pojedynku nie miały miejsca bytu. Nie każdy z zebranych tu wojowników walczył z natury super uczciwie, ale warto znać jakieś sztuczki w razie czego. W końcu tu chodziło o ich życie, a nie tylko coś tak głupiego jak honor. Kierowanie się nim może łatwo zabić. Kazał całej grupie atakować go. Dragot zamknął ich w Netherze dzięki czemu Hikaru mógł używać większych pokładów Ki dla wyrównania szans. Na porządku dziennym było oślepianie młodych piachem, ciosy od tyłu, ciągnięcie za ogon telekinezą lub blokowanie stawów także niewidzialną energią. Tworzenie zamętu w postaci wyłączania światła z otoczenia dzięki Dragotowi, a potem natychmiastowe włączenie Netherowej żarówki by oczy całkiem zgłupiały. Nie walczyli na serio. Moc mistica nie przekraczała stu tysięcy PL. Chodziło tylko o pokaz zdolności przydatnych do przeżycia w czasie szturmu na pałac Zella.

Często wykorzystywał plastyczną Ki w formie kulki miękkiej ki. Strzelał, lub rzucał coś takiego i w ostatniej chwili zmieniał kształt w coś na kształt ślimaka z długimi rogami. Takie coś często zdarzało się z twarzą, któregoś z młodych wojowników. Pozwalał także na to by okrążano go i by zapomnieli o sobie na wzajem, że walczą wspólnie strzelając w białowłosego atakiem ki, po czym w ostatniej chwili uchylając się tak by ktoś naprzeciw niego, lub dokładnie za plecami oberwał danym atakiem. Tak to mniej więcej wyglądało przez większość czasu. Hikaru próbował korzystać z plastycznej ki w każdej możliwej chwili ponieważ chciał wykorzystać i opracować technikę na jej bazie. Widział wielki potencjał w tym, ale wymagało to ogromnych pokładów pracy. Kontrolę Ki miał w małym palcu, ale by stworzyć coś więcej niż miecz z energii czy kolce to już zupełnie inna sprawa. Także poza wymiarem demona prawie cały czas trzymał w ręce taką kulkę Ki i ją ugniatał w różne formy. Były dosyć nieporadne owe twory, ale od czegoś trzeba było zacząć. Kiedy skupiał się bardziej wychodziło coś lepszego, ale niezbyt wielkich rozmiarów.

W wolnych chwilach napełniał zbiorniki... to znaczy jadł to co przyrządził sam, lub Chepri. Okazuje się, że jako uczeń Braski jakoś mu to wychodziło, choć pewne rzeczy mógł jeszcze poprawić. Nic dziwnego, nie znał możliwości Vegańskiej kuchni. Hikaru się tu wychował ponad trzy wieki temu i potrafiłby napisać książkę kucharską jak przyrządzić 1001 potraw z Vegańskich robali. Owszem, dania z tych stworzeń nie były zbyt wyszukane, ale dla kogoś mieszkającego z dala od miasta i możliwości kupienia podstawowych przypraw czy dodatków warzyw/owoców nie dało się wymyślić za wiele. Mistic pokazał młodemu człowiekowi parę przepisów, a także praktycznych rozwiązań, które sam kiedyś wymyślił w połączeniu kuchni Vegańskiej i Ziemskiej. Podobnie jak łączenie technik różnych szkół w czasie walki by być bardzie efektywnym, w gastronomii łączenie przypraw i innych rzeczy w odpowiedni sposób, także dawało świetne efekty. Tylko, tu miało jeszcze znaczenie prywatne odczucie smaku... Jak to mówią niektórzy kucharze: pewnych klientów się nigdy nie zaspokoi.

Tak mniej więcej wyglądały dwa dni. Ostatnie godziny przed nadejściem wschodu księżyca postanowił pomedytować. Plastyczna Ki krążyła wokół niego i zmieniała kształt, na proste figury geometryczne, bryły obrotowe, a także plastusie. W końcu jednak zakończył się czas oczekiwania, czas było działać. Dał zastrzyk Kurze by nie zmienił się w Oozaru po czym popatrzył jak zakłada mistyczny strój szkoły światła, a na niego sayański pancerz z symbolem rodowym. Nie mógł się zdecydować komu być wierny ? Czy może bał się obrażeń i chciał mieć mieć podwójny pancerz ? Cóż, Hikaru mógł podejrzewać, że po trochu obie te opcje. Popatrzył na swego wnuka z rękami skrzyżowanymi na piersi.
- Może dać Ci jeszcze parę pancerzy, co wnusiu ? Mam inny pomysł. Strój jaki masz ode mnie jest już stary. Pora go zmienić. Mówiąc ostatnie zdanie podszedł do Kury i położył mu dłoń na ramieniu. Uwolnił swoją aurę w postaci błękitnego dymu, który wydzielał się przez chwilę z postaci mistica, ale zaczął oklejać się wokół młodego sayana. Pojawił się blask, przepływ mocy, a kiedy to się skończyło, Kuro miał nowy strój szkoły Światła, nie mając już zbroi z rodowym znakiem. Znak natomiast widniał na piersi. Na plecach pozostał stary znak Hikaru. Tak wyglądał całkiem nieźle. Kiedy już dziadek go puścił, sam zmienił swój płaszcz na mistyczny strój w kolorze lawendy. Miecz już miał na plecach. Teraz wyglądasz dużo lepiej. Nie zapomnij swojego kija. W Agni-Kai nie ma mowy o tym by broń była zakazana. Choć małpy rzadko takowych używają.

OCC koniec pierwszego treningu na ki konstrukt.
avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Sro Lip 29, 2015 2:45 am
Mimo ze w sporym tempie wcinalem potrawke ryzowa, tak dalej czulem sie jak ofiara gwaltu. I to takiego grupowego, ekstremalnego. No bo jakby nie patrzec tak bylo, tylko ze miast przemocy seksualnej dziala sie tam  przemoc zwyczajna. Co nie znaczy ze mniej hardkorowa. Ale taki jest mój styl, i nie zamierzam go zmieniac. Zapewnia mi on to ze przechodze przez zycie optymistycznie i wyciagam z niego przyjemnosc, a nie dramatyzuje nad kazda pierdola jak wiekszosc tu obecnych. Gdy April jednak powiedziala ze jest gotowa, nie kazalem jej dlugo czekac. Wstalem z mojego kszesla, i zmienilem swoje cialo w forme plynnego metalu zblizajac sie do niej. Gdy bylem juz blisko zmienilem swój ksztalt do nieregularnej kuli, która pochlonela cale jej cialo w sekunde. Móglbym to zrobic powoli, przytulic ja, obsciskiwac sie pochlaniajac ja, tyle zlosliwych rzeczy siedzialo mi w glowie. Mój wzrok skierowany byl ciagle na tylko jedna osobe. Kuro.  
    Po minucie bylo juz po wszystkim. Piekna Królowa April byla teraz calkowicie zalezna ode mnie. Rozpuszczona po calych moich wnetrzniosciach, stanowiaca jednosc z moim formujacym sie ze srebrzystej kuli cialem. Moja sila nieznacznie wzrosla, lecz sylwetka nie zrobila diametralnych postepów. Dalej bylem dosc masywny, wysoki i barczysty a jednoczesnie dosc szybki by to wykorzystac. Gdy sylwetka sie juz zrobila, zaczalem nabierac kolorów, wszystko przy ledwo odczuwalnych wstrzasach. Moja granatowa skóra, i bialy pancerz wkrótce wrócily na swoje miejsce. Gdy proces absorbcji sie zakonczyl, otworzylem oczy z dumnym wyrazem twarzy. Popatrzylem sie wtedy z cynicznym usmiechem na kazdego obecnego w sali. Szczególnie na Kuro, któremu pozwolilem w moich oczach dojrzec April. Najwazniejsze w tym wszystkim bylo to ze napelnilo mnie to energia do syta, a co za tym idzie nie bylem juz zmeczony. Moglem wracac do treningu, oczywiście w netherze. Ćwiczenie aby stał się on bardziej stabilny, trudniejszy do przebicia, i utrzymywalny dłużej - priorytet.
Kilka godzin później

 Po powrocie do domku Kuro postanowilem wziac prysznic, bo od czasu do czasu i demon moze pachniec ladnie. Zachcialo mi sie to chce wziac prysznic. Wkurzylem przy okazji kazdego po drodze. No i stalo sie, wszedlem pod prysznic, zamknalem oczy by na chwile sie zrelaksowac, i JEBUM!
.....Okazalo sie ze na kabinie/zaslonie/czymkolwiek to kosmiczne cholerstwo bylo nie wolno sie opierac, i po chwili wylecialem z pod prysznica dwa razy szybciej niz sie w nim znalazlem. A razem ze mna zaslonka/szyba/whatever. Zrobilem wiec to co kazdy facet by zrobil. Wrócilem pod prysznic, zawiesilem to cos i udawalem ze nic sie nie stalo. Tylko... nastepny prysznic bedzie z niespodzianka dla Kuro. W sumie moge byc z siebie dumny.

  Było coś w rodzaju popołudnia, gdy uświadczyłem w pokoju medytującą Kaede. Nie ukrywam, nigdy wcześniej nie widziałem bogini na oczy. Pomijając mą ukochaną. W sumie, też lubię medytować. Wystarczy 10-20 minut by człowiek całkowicie odświezył swój umysł, jednocześnie wzmacniając siłę woli i energię duchową. Pomyślałem, też sie skuszę. Więc usiadłem bezszelestnie obok Kaede, idealnie odwzorowujac pozycję w jakiej się znajduję, po czym zamknąłem oczy. Jednak na pewno czuła moją energię. I po pewnym czasie się do mnie odezwała, podobnie jak wcześniej odzywała się za pomocą czegoś w rodzaju.. telepatii? Uciąłem sobie z nią dość długą rozmowę, pytałęm się o jej pochodzenie, a ja wyjawiłem jej część swojej historii. Cóż, to bardzo miła, i sympatyczna osoba.  Szczególnie że wyjawiła mi w jaki sposób porozumiewać się na odległość, bez używania ust. Zajęło mi to trochę czasu, i przez chwilę moja głowa byla bliska odpadnięciu, ale w końcu załapałem. Moja wersja tej techniki nie była perfekcyjna, i deformowała znacznie mój głos. Na szczęście na niższą, mroczniejszą wersję, wiec to pozytyw. Kaede tłumaczyła mi co robię źle, jak dobra nauczycielka. W jej głosie pełno było życzliwości, której nie doświadczyłem w życiu prawie wcale.
Ja z tego powodu również byłem dla niej miły i kulturalny, z racji tego że traktuję ludzi tak jak oni mnie. Przez większosć czasu. Dlatego też wyjawiłem jej jak wykonać jedną z moich technik - zanzokena. Tworzenie wiele kopii samego siebie, i tym samym iluzji zajęło mi sporo czasu gdy miałem 1k PL, ale Kaede zajęło to znacznie mniej. I tym samym nabrałą bardzo przydatnej zdolności w walce z wrogiem. Być może - ze mną.
Po pół godzinie wstałem, podziękowałem jej za wszystko i wyszedłem z pokoju ze znacznie lepszym humorem. Wszedłem tam jak zbity pies, a teraz jestem wesołym psem. Sporą część tego dnia poświęciłem również tworząc alchemię z Cheprim. Przeczytane książki dawały się we znaki, szczególnie te o truciznach. Znam przepisy na wszystkie rodzaje, od tych zabijających w sekunde po takie wywołujące erekcję która zostaje na tydzień. Więc tego dnia byłem dość pomocny i koleżeński. Nie można było na mnie narzekać.

  Hikaru jest saiyanem bardzo specyficznym. Starym, i zacofanym. Ale zarąbiście inteligentnym, trzeba było mu to przyznać. Robił z nami treningi które obejmowały brudne taktyki. Cóż, sporo z nich już wcześniej znałem ale na niektóre z nich nawet ja nie wpadłem. Był to też po części trening integracyjny, chciałem zmusić nas do współpracy. Zmusić do zaufania. I udawało się, co mnie zaskoczyło. Toteż jego lekcje wychodziły na plus, miałem też okazję popisać się możliwościami netheru. Otoczenie zmieniało się Nieustannie, druty kolczaste latały niczym w pociski w ogniu krzyżowym, spadały meteoryty, a całość działa się w krainie dla której była tylko jedna nazwa dla ludzi. Piekło.
 Następnego dnia nie czułem się już tak dobrze. Gnębiły mnie myśli o Togardzie, mojej żonie, o tym całym bajzlu. Toteż byłem złośliwy, cyniczny, i robiłem wszystko by choć na chwile się rozchmurzyć. Ze znikomym skutkiem. Jednak zmieniło się to w momencie w którym koteczek, którego tak polubiłem zbliżył sie do mnie, po czym przemówi. Tak kur%$. Przemówił. Koty nie są normalne. Dowiedziałem się że przez cały ten czas czochrałem po brzuszku Reda. . . . . . . . .
Gdy już się obudziłem kilka minut później zrozumiałem ze dodał coś jeszcze o June. Podobno nie wróciła z wyprawy, i poświęciła się. Spojrzałem na kota z nieoczywistym wyrazem twarzy, po czym ponownie zacząłem go głaskać, nie zważając na to czy to Red czy nie.
-Nie powiem że jest mi jej żal. Nie była dla mnie miła, była ograniczona i sztywna. Ale to ona nauczyła mnie wyczuwać Ki, i uleczyła mnie po najcięższej walce w moim życiu. No i zabrała mnie tutaj. Ale wiedz że śmierć innego demona jest dla mnie bez znaczenia. Widziałem ich zbyt wiele, by miały one na mnie dalszy wpływ. Ale gdy wreszcie pokażę Zellowi fakersa, to będzie on zadedykowany jej pamięci.
  Powiedziałem po czym odszedłem, zostawiając Reda z jego myślami. Dzień ten zakończyłem pokojowymi odwiedzinami Chepriego. Zaproponowałem mu sparing, jako że bardzo tego obecnie potrzebowałem. Będąc pełen energii i emocji do spędzenia. I jakby to powiedzieć... jego zdanie miało tu rolę drugorzędną. Sparing się odbył, i był dwa razy brutalniejszy, i nieco bardziej wyrównany niż ostatni. Tym razem nie stawiałem na technikę ludzi, a na mój własny wypracowany styl który stawiał na siłę ciosu, brudne zagrywki i intuicję. I okazało się to znacznie skuteczniejsze. Ostatecznie ten trening stał się bardzo kosztowny. Opuściłem nether słaby fizycznie i pod względem KI. Ale nie do stopnia w którym nie miałoby się to zagoić do następnego dnia.  

Pod koniec dnia sporo osób znajdowało się w jednym miejscu. Poznawaliśmy plan, na który sie zgodziłem bo nie miałem wyjścia. Ale dodałem od siebie tylko jeden dialog.
-Powiem wam tak. Gdy ten plan się już powiedzie, to mam w dupie kazdego z was i idę do baru ze striptizem. I prędzej zginę niż obudze sie w tym samym mieście. To tyle ode mnie.
Po tym szczerym wyznaniu mojej postawy, położyłem się spać na kanapie w salonie. To był ambitny plan, nie jakieś obalanie króli. Z pewnością obalę na ziemi nie jednego Sobieskiego gdy już będzie po wszystkim.
OOC:
Absorbcja April - staty dodam później
post skipowy
trening koniec - ???telepatia???
avatar
Kuro
Drobik
Drobik
Liczba postów : 1091
Data rejestracji : 29/05/2012


Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:
http://www.db4evwer.com

Re: Wioska Kuro

on Pon Sie 17, 2015 11:39 pm
Wrócił jeszcze potykając się o stopnie do swojego pokoju. Hikaru źle go zrozumiał i zabrał chłopakowi to co ten uważał za cenne. Zbroja ojca nie była najlepszym modelem, ale miała w sobie cząstkę Kurokary i na tym zależało młodemu, na bliskości ojca, najmądrzejszego Saiyana jakiego znał. Przez chwile zastanawiał się, jaką to niezrozumiałą radę dostałby od niego. Pewnie coś w stylu: Znajdź równowagę miedzy Tobą a przeciwnikiem, a wtedy wygrasz. Jak zwykle łatwo powiedzieć, a trudno zrozumieć i zrobić. Prawdopodobnie to samo czuła April. Kuro wiedział, że halfka nie przepada za Saiyańskimi łaszkami ale  założyła je z szacunku dla tego mężczyzny, jako takiego i z szacunku do tego, że zrobił coś tylko dla niej mimo niewielkich posiadanych środków. W pewien sposób troszczył się o nią i dbał jak o własną córkę. Chłopak zastanawiał się przez chwilę, czy wziąć coś co należy do April, coś drobnego aby mieć poczucie, że jest przy nim. To fałszywe i złudne poczucie ale pomogłoby my bardzo. Chyba stał nieruchomo zamyślony zbyt długo, gdyż rozległo się ciche miauknięcie. Kuro wrócił do rzeczywistości. Po omacku wyjął z dżinsów pudełko z pierścionkiem zaręczynowym i schował do komody. Przyklęknął przy Redzie i szepnął mu do uszka:

- Niezależnie od tego, co się stanie zaopiekuj się proszę April, niech będzie szczęśliwa na Ziemi, pilnuj aby ułożyła sobie życie z dobrym mężczyzną. Król tutaj u nas na Vegecie nie ma królowej.

To ostatnie zdanie wystarczyło, ostatni żal. Nie czeka go szczęśliwe życie z April. To był koniec. Czy zginie czy zostanie kolejnym królem nie będą razem, nie mogą być, nie pozwolą im. Nie miał ani takiej odwagi, ani takiej chęci jak halfka poświęcić wszystkiego dla lepszego dobra. W końcu nie zabrał nic. Powlókł się smutny na dół, Red siedział mu na głowie i od czasu do czasu pacnął łapką niesforny kosmyk włosów, który nie chciał się ułożyć i co chwila odstawał. Nagle ziemia zadrżała, wszyscy to poczuli, na szczęście mały domek wytrzymał. Odruchowo odwrócił głowę w stronę pałacu, echo i skutki wybuchu dotarły aż tutaj. Czuło się tam kłębowisko silnych Ki, rosnących i gasnących. Wybuchy sił potężnych wojowników po każdej ze stron i pierwsze trupy, pierwsi którzy już zapłacili za nadchodzące zmiany. Nikt nie musiał nic mówić, wszyscy wiedzieli, że to już. Zaczęło się. Odleciał sprzed domku jako ostatni z jedynym przyjacielem i jedynym wsparciem jakie miał, z kotem, ociągał się ile mógł. Zapewne wyglądał zabawnie, z przodu jego bujnej czupryny wyzierały złote oczy, a z tyłu powiewał na wietrze czarny koci ogon. Wcześniej przekazał niezbędne informacje przyjacielowi Kurokary, ojcu byłej dziewczyny Kuro. Wiedział, jak mężczyźni dobrze się znają i mógł mu zaufać. Powierzył mu pieczę nad mieszkańcami, sam nie zdradzając co będzie robił.

ZT - Wszyscy piszcie już na Placu przed pałacem

______________________



avatar
Asteria
Księciuniu Admin
Księciuniu Admin
Liczba postów : 1108
Data rejestracji : 19/03/2013

Skąd : Rzeszów

Identification Number
Punkty Życia:
750/750  (750/750)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki: 1
http://[url=http://pokelife.pl/pokemon.php?p=8345286]Zobacz moje

Re: Wioska Kuro

on Pon Lis 23, 2015 9:41 pm
z/t z Koszar

Byli tacy żałośni. Wszyscy, bez wyjątku. Nie byli nawet godni, żeby zlizywać kurz z jego butów, a co dopiero z nim walczyć. Więc dlaczego zadawał sobie trud, żeby uwolnić ich dusze? Może dlatego, że chciał oczyścić tą planetę z wszelakiego plugastwa jakie się tam zalęgło. Najpierw zacznie od tych zawszonych rebeliantów, a potem weźmie się za resztę. Na przykład za Halfów, którzy zawsze uważali, że powinni być równi im, Saiyanom czystej krwi. Gnojki myśleli, że należą im się równe prawa, a powinni się cieszyć z tego, że nie są zabijani na miejscu. Byli niczym choroba, która pojawiła się w zdrowym organizmie. Lecz z odpowiednimi środkami i przy pomocy odpowiednich osób można ją wyleczyć. A co mogło być idealnym początkiem jak nie wioska tego pieprzonego zdrajcy Kurokary i jego zawszonego synka. Kochasie Halfów i członkowie rebelii. Chrzanieni zdrajcy, lecz spokojnie. Raziel pokaże im prawdziwą siłę. Czystą Saiyańską siłę. Kiedy rozwalił sufit, żeby przez niego przelecieć jeszcze rozejrzał się wokół. Słabeusze, których musiał uratować nie nadawali się do jego planu. Mieli to szczęście, że byli wierni królowi, bo inaczej już by z nimi skończył. Zanim jednak odleciał to jakiś trzęsący się dzieciak podbiegł do niego.
- Czego? – zapytał Raziel, patrząc się na gówniarza jak na coś poniżej jego godności.
- Prze…Prze…Przepraszam, ze przeszkadzam. Miałem to panu dać. To nowy typ zbroi dla pana. – rzekł dzieciak i szybko wręczył kapsułę z pancerzem, a potem jeszcze szybciej się ulotnił. Zahne uaktywnił kapsułę i uśmiechnął lekko do siebie. Tak to będzie idealne, żeby im pokazać kto tu rządzi. Ciemnowłosy szybko zmienił pancerz i wyleciał do góry.
Kiedy leciał do wioski Kuro to przy okazji wyczuł energię innych żołnierzy Króla Zella, którzy też postanowili wykorzenić plugastwo. Bardzo dobrze. Kiedy skończy z tymi wichrzycielami to z przyjemnością im pomoże. Teraz jednak trzeba było załatwić tych zdrajców.
- Czas zacząć zabawę. – mruknął cicho do siebie młody mężczyzna, lądując na obrzeżach wioski. Wolnym krokiem zaczął zmierzać do centrum. Wszystko wydawało się tak spokojne i niewinne. Ci ludzie nie mieli zamiaru brać udziału w walce i nawet nie myśleli o tym, że mogą stać się celem napaści. Mieli jednak tego pecha, że głowa ich wioski, postanowiła się wpierdalać w nie swoje sprawy. Ponoć nie należy stosować zbiorowych kar, lecz Raz uważał, że są one najbardziej skuteczne. Jeśli jednostka się wyłamuje, to trzeba jej pokazać jakie może to przynieść konsekwencje. W tym wypadku wyrżnięcie w pień całej wioski. Pewnie gnojek nawet tego nie zobaczy, ale jeśli Raziel zdąży to mu to opowie. Z wszystkimi szczegółami. Może nawet weźmie jakąś pamiątkę. O głowa tej dziewczynki by się idealnie nadawała. W końcu znalazł się w idealnym miejscu. Mógł spokojnie rozpocząć akcję i nie bać, się że ktoś zwieje. Oznaczył sobie każdą sygnaturę KI w tej wiosce. Czas zacząć zabawę.
- Hej mała. – powiedział do jakiejś dziewczynki, która do niego podbiegła. Z ciekawością wpatrywała się w symbol elity i jego rodu na pancerzu. Raziel uśmiechnął się do niej przymilnie. – Chcesz zobaczyć fajną sztuczkę?
Dziecko jak to dziecko pokiwało z ochotą głową. Doskonale.
- Super. Ale najpierw musisz mi pokazać swój dom. To bardzo ważne. – rzekł Saiyanin. Dziewczynka, przez chwilę się rozglądała, aż wreszcie pokazała jakąś chatkę, obok której rozmawiało dwóch mężczyzn.
- Dzięki. A teraz sztuczka. – powiedział. Po tych słowach wyprostował się i wystrzelił pocisk energii prosto w dom. Jak się spodziewał cała konstrukcja eksplodowała, równocześnie zabijając stojących obok. Jak na razie pięć ofiar. Dziecko spojrzało na żołnierza przerażonym wzrokiem.
- Czas na drugą sztuczkę. – rzekł ciemnowłosy. Wypuścił odrobinę energii, lecz wystarczyło to, żeby rozwalić główkę dziewczynki. Zahne przeciągnął się i zaczął zabawę. Dwóch osobników, którzy na niego skoczyli zabił w kilka sekund. Dwa chrupnięcia i dwa złamane karki. Rozpoczęła się panika, a to był miód na jego uszy. Nawet nie bawił się w ataki w zwarciu. Wystarczyły minimalne ładunki, żeby zabić tych słabeuszy i rozwalić ich chaty. Byli naprawdę żałośni i syn Aryenne robił przysługę całej planecie, że się ich pozbywał.
- Laser Storm. – powiedział wyciągając dłoń. W następnej chwili kilkanaście pocisków wystrzeliło w stronę swoich celów. Niektórzy próbowali ich uniknąć, albo przed nimi uciec. Niestety nie spodziewali się, że to nie są takie zwykłe pociski. Swoją głupotę przypłacili śmiercią.
- Dlaczego to robisz? Nic ci nie zrobiliśmy. – krzyknęła jakaś młoda dziewczyna. Była całkiem silna. Lecz i tak za słaba.
- Dlaczego? A tak dla zabawy. Wiesz trzeba jakoś odreagować. – rzekł i w następnej chwili zniknął, żeby sekundę potem pojawić się za dziewczyną. Pozabijał dzieciaki i kobiety, które chroniła. Teraz zostali tylko on i ona.
- Dobra. Dam ci minutę. Jak w tym czasie uda ci się mnie trafić to dam ci żyć. Gotowa? Start! – krzyknął czystokrwistny. Dziewczyna ruszyła na niego z okrzykiem, godnym pozazdroszczenia. Szkoda tylko, że jej umiejętności były na tak niskim poziomie. Zielonooki nawet się nie zmęczył, a trzeba powiedzieć, że miał zasłonięte oczy. Oni byli żenujący.
- Pięćdziesiąt osiem. Pięćdziesiąt dziewięć. I minuta. – mruczał wojownik. – Szkoda. Nie udało ci się mnie trafić. Teraz moja kolej.
Cztery szybkie ruchy i wynik końcowy to złamane nogi, ręce, tryskająca posoka i wkurzający krzyk.
- Ty czekaj. Ja cię znam. Zora, tak? Byłaś dupą Kuro, zanim nie zaczął bzykać April. Kiepsko co nie? Stracić faceta i dać się pokonać. Ale nie martw się. Jak skończę to na pewno będzie o tobie pamiętał. Bardzo długo. – rzekł psychol, a następnie z olbrzymim uśmiechem na ustach wziął dziewczynę za włosy i podleciał z nią do góry. Przydałoby się jakieś dobre miejsce na to. Długie i ostre. Raz uchylił na chwilkę wizjer, żeby znaleźć to na czym mu zależało i szybko go zamknął.
- Powiedz mi droga Zoro. Lubisz na ostro? Wyglądasz na taką co lubi. – mówił Zahne. Niestety jego rozmówczyni tylko jęczała cicho. Czyżby zemdlała? Szkoda. Nie zobaczy tego co dla niej przygotował. Ale przynajmniej poczuje.
- No to ty sobie tutaj posiedź na karnym jeżyku, a ja zajmę się sprzątaniem. Zgoda. Tylko bądź grzeczna. Nie chcemy obudzić nikogo. – rzekł Raz i w następnej chwili nabił dziewczynę na ostro zakończony pręt. Wbił ja na tyle głęboko, by nie mogła uciec i na tyle płytko, by nie umarła od razu.
Saiyanin  uśmiechnął się tylko szerzej słysząc jej krzyk i ruszył z zamiarem zabawy w tej wiosce, podśpiewując sobie pod nosem.

Occ:
Koniec treningu.


Ostatnio zmieniony przez Raziel dnia Pią Wrz 15, 2017 5:56 pm, w całości zmieniany 1 raz

______________________


#66FFFF
avatar
Sabia
Liczba postów : 634
Data rejestracji : 17/02/2013

Skąd : Lębork

Identification Number
Punkty Życia:
700/700  (700/700)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki: 1

Re: Wioska Kuro

on Wto Gru 01, 2015 11:39 pm
Spóźniła się.
Chwilę, dosłownie chwilę, a miało to katastrofalne skutki.
Tłuste smugi dymu sunęły leniwie po ciemnoczerwonym niebie, barwą przypominającego gęstą krew. Część chat była zrujnowana, inne zostały zmiecione dosłownie z powierzchni planety. Połamane, smętnie sterczące osmalone belki i przemielone na pył kamienie dekorowały makabryczny widok. Ubitą glebę zdobiły ciała… Albo ich fragmenty. Choć niewielka część wioski uległa takim zniszczeniom ich koncentracja i sama intensywność wywoływały dreszcz. Ktoś z niemal nabożną starannością wprowadził tutaj chaos. Vivian nie skupiając się nawet na Ki Feeling czuła panikę, czuła bunt i zrezygnowanie mieszkańców, ich otumaniający, ostry strach. Uderzyła ją woń posoki, krzyki i odgłosy eksplozji. Zniżyła lot bezszelestnie i zatrzymała się metr nad ziemią. To był błąd, z bliska widziała więcej i odruchowo zatkała sobie usta, by nie wydać żadnego dźwięku. Nieświadomie zaczęła drżeć.
Saiyanie z reguły zabijają… Bo tak. Są bestialscy. Są zdziczali i mogła to powiedzieć tylko po tym co zrobili z poprzednimi wioskami. Teraz przed czerwonymi, szklącymi się od łez oczami rozpościerał się widok z goła innego kalibru. Parę wysadzonych domów, zmasakrowanych mieszkańców, ciała dzieci pozbawione głów… Dzieci… Smak krwi stał się wyraźniejszy gdy przygryzła policzek od środka. Przecież te maluchy biegały tutaj beztrosko gdy złożyła tu swoją ostatnią wizytę. Dlaczego nikt nie reaguje? … Dlaczego?! Gdzie do jasnej cholery są Ci obiecani obrońcy? Gdzie w takich chwilach są bogowie?!
Każdy cios był przemyślany. Każda śmierć zadana z rozmysłem i namysłem. To nie było bestialstwo. To było wyrafinowane, lodowate okrucieństwo, barbarzyńska kalkulacja, która wbrew pozorom musiała sprawiać przyjemność. Nic dziwnego… Nawet pod wpływem serum Raziel pozostawał do bólu ambitny.
Vivian bała się wczuć bardziej w krążące po wiosce Ki. Bała się tego co może wyczuć, ale coś w jej umyśle samo otworzyło się na te bodźce. I poczuła, poczuła drżenie, wyraźnie ich ból i przerażenie, tak silne, namacalne, że żołądek zwinął się jej ze strachu i głos uwiązł w gardle. W połączeniu z krzykami wypełniły jej umysł… Czemu ona jest tak cholernie empatyczna… Byłoby jej łatwiej gdyby była tępa jak pierwszy lepszy Saiyan. Oczy dziewczyny stały się puste. Dłonie się jej trzęsły, dlatego zacisnęła je w pięści, z trudem uspokajając oddech i przemocą zatkała usta by nie krzyknąć. Zmarnowała kilka sekund na ocenę sytuacji i pozwoliła by jej furia została podsycona ich cierpieniem. Pozwoliła na to z całą świadomością, że być może nie dożyje nocy, by o tej chwili śnić koszmary.
Raziel…
W morzu rozpaczy tętniła czerwona, paląca energia, roztaczająca naokoło aurę tyrańskiego zadowolenia z siebie. Prostego zachwytu z bestialskich czynów chełpiącego swe ego prymitywa. Tu nie było się nad czym rozdrabniać. Jej brat przyrodni był teraz niejednorodną mieszaniną morderczej dumy czystokrwistego perfekcjonisty oraz przesyconego samozachwytem ohydnego pawiana, nie zdolnego do wyższych uczuć czy procesów myślowych. Ma wdrukowane w móżdżek informacje i to, co Zell chce by myślał… A on nie tylko ślepo wypełniał jego rozkazy – przekładał je na swoje pokrętne myślenie tworząc chaos nowej jakości. Raziel zawsze cenił sobie swój indywidualizm, a teraz stał się tacy jak wszyscy…
Usłyszała krzyk i zobaczyła go jak odlatywał w środek wioski, zostawiając za sobą czerwony ślad, krew kapała mu z dłoni. Odruchowo spojrzała w stronę z jakiej wyleciał i zadrżała, gdy ujrzała pobladłą, nabitą na pręt dziewczynę. Okropny widok… Zaklęła i podleciała do niej, nie wiedząc co robić. Żyła jeszcze, ale szczęśliwie była nieprzytomna. Wszystko Ósemkę bolało gdy tak na nią patrzyła, ale najgorsze było to, że nie mogła nic zrobić by ulżyć rannej w cierpieniu. Bałaby się jej dotknąć, nie wspominając choćby o zdjęciu z pręta. Życie ulatywało z niej wolno i nikt jej nie pomoże. Żaden szpital teraz nikogo nie przyjmie, nikt tutaj nie ma zdolności by magicznie kogoś uleczyć. Nie ma czasu bo lada chwila Raziel zrobić coś jeszcze okropniejszego… Nawet jakby ją teraz uwolniła, rana była zbyt paskudna i tylko dogorywała by długo… Ósemka wpatrywała się w nią drżąca, po czym zaciskając wargi w kreskę… Uspokoiła się. Bez wahania urwała kawałek pręta obok i delikatnym ruchem wbiła jej w skroń.
Jej Ki zgasło.
Przynajmniej już nie cierpi.
Ki-blast by ją zdradził, póki pozostawała niewidzialna i ukrywała swoją energię, Raziel nie wiedział, że tu jest. Pozostawał element zaskoczenia. Jeśli teraz się ujawni, to dojdzie do walki i sądząc po zapamiętałości jej brata, zabije jeszcze mnóstwo osób nim zdąży go z stad wyciągnąć. W tym przypadku musi polegać na swojej sile i… Szybkości. Tak.
Kalkulowała w głowie co ma zrobić, nie chcąc być świadoma tych kilku łez spływających jej w dół po policzkach. Zabiła.
- Raziel… – szepnęła do siebie Vivian.
Dopadła go gdy z szerokim, obleśnym uśmiechem szedł wolno między chatami. To był jego błąd. Napawał się swym okrucieństwem i rozciągał w czasie ból zadany innym. Nie śpieszył się, chcąc z niego czerpać jak najwięcej mógł… Oh, jakże to było płytkie. Ósemka czuła jak palą ją źrenice, ale była w tym tylko i wyłącznie wściekłość. Jej nienawiści, choćby próbował, i tak nie zdobędzie. Nie będzie mieć tej satysfakcji. Już nikogo nie zabije, drań… Unosiła się niewidzialna kilka centymetrów nad ziemią za Razielem. Nagle jej prawa dłoń zacisnęła się na jego karku a lewa… Na nasadzie ogona. Mogło zaboleć i na pewno było niekomfortowe. Czasem trzeba grać nie fair, by powstrzymać kogoś, kto gra bardzo nie fair. Wzmocniła uścisk by tak od razu się nie wyswobodził i opadła na podłoże, po czym korzystając z efektu wybicia, gwałtownie wzniosła w powietrze.
Trzy sekundy wystarczyły by zaciągnęła go na bezpieczną odległość.

OOC ---> Raz, zostałeś zaciągnięty gdzie indziej. Przykro mi Very Happy
[zt]x2 ---> Czerwona Pustynia
avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Sob Kwi 02, 2016 2:41 pm
-Niestety nie mogę  szaleć przez całe swoje życie, choć bardzo bym chciał. Ale w tym wypadku klub ze striptizem będzie musiał poczekać. Nie mam w planach zabijać ponad miarę. I bez obaw. Znajdę Cię na drugim końcu wszechświata.
Powiedziałem jednocześnie próbując na powrót przyzwyczaić się do nowego ciała. Brak ogona nigdy nie był dla mnie przesadnie odczuwalny. Nie używałem go w walce, pomagał mi w locie i utrzymywaniu równowagi. Ale bez niego radzę sobie równie dobrze. Spokojnie obserwowałem Hikaru nim ten ponownie się teleportował. Niezwykle przydatna technika można by rzec, ale myślę że jest ona jedynie ułatwieniem. Ktoś taki jak ja zawsze znajdzie sposób by dostać się na inną planetę. Jeśli na planecie jest chociaż jeden statek to demon zawsze do niego dotrze. Tacy jesteśmy, zawsze sobie poradzimy, niezależnie od warunków. Im trudniej, tym szybciej się rozwijamy. I w tym momencie doszedłem do sedna całej tej sytuacji. Byłem w wielu niebezpiecznych miejscach, ale jeszcze nigdy nie miałem takiej małej szansy na przeżycie jak tutaj. Nie mam tutaj żadnego sojusznika, ani jednego przedstawiciela mojej rasy. Każdy kto mnie zdemaskuje będzie chciał mnie zabić. Nie ma tutaj dla mnie miejsca. Nigdzie tak szybko się nie wzmocnię jak tutaj.  Czasy są desperackie, więc i środku muszą być. Moi rywale to Super Sayianie, a ten siwy to nawet mistyczny jest. Pewnie bigos głową miesza. Muszę trenować trzy razy dłużej niż oni. Trzy razy ciężej niż oni. Nie pozwolić sobie na ani jeden słaby punkt. Zabić w sobie brak rozwagi i wykształcić technikę lepszą od nich. Ale przede wszystkim wzmocnić o stokroć swoje mięśnie, swoją zwinność, swój pancerz, swoją energię. Póki tego nie zrobię, możecie mnie uznać za martwego.

Minął tydzień odkąd porzuciłem swoje dawne życie w celu treningu na Vegecie. Powróciłem do sympatycznej Wioski Kuro, i pomogłem naprawić część zniszczeń które mój znajomy tutaj wyrządził pod wpływem srogiego elezdi. Niby nie można winić nikogo za rzeczy które po tym popełnia, sam trochę o tym wiem. Chociaż... Nie. Ja po elezdi wyrządzałem takie same szkody jak na trzeźwo. Ale wracając. Wyglądałem jak Saiyan, więc nie było podejrzeń. Kilka osób pytało mnie kim jestem, odpowiedziałem że jestem Marek z Marek. Pierwsze dni treningu były dla mnie swoistym przygotowaniem. Sprawdzałem ile jestem w stanie wytrzymać.  Wchodziłem do netheru by móc dać z siebie absolutnie wszystko i nikt nie mógł mnie wyczuć. Przez około 10 godzin ćwiczyłem z całych sił. Potem przez 3 do 4 godzin regenerowałem swoje siły śpiąc. I wszystko od początku. Tutaj na pomoc przyszły kukły z twardego minerału na których ćwiczyłem przed wylotem do pałacu. Znowu ogromne pomieszczenie, i sto takich kukieł w szeregu. Ludzie mają serie podnoszenia sztang, ja mam serie rozbijania na atomy najcięższego materiału jaki nether jest w stanie wytworzyć. Moje ciało samo z siebie nie stanie się silniejsze. Nie mogę przez sekundę czuć bólu. Gdzieś tam na drugim końcu Vegety jest ten skurwysyn i również przybiera na sile. Nie pozwolę mu wygrać po raz drugi. I tu nie chodzi o dumę. J*bać dumę. J*bać honor. J*bać nasze rasy, j*bać nasze planety, j*bać wszystkie nasze różnice i nasze kultury. jedyne co się liczy to rywalizacja między nami. Nasza ostatnia walka i moja nieokiełznana rządza zrewanżowania się. To jedyna rzecz która ma dla mnie teraz znaczenie. Spojrzałem ponownie na kukły, czegoś mi w nich brakowało. Jedno pstryknięcie później wszystkie kukły przybrały formę podobizny Raziela w formie Super Saiyanina Drugiego. Mordownia zaczyna się od...teraz.

Po dwóch miesiącach wiedziałem już co to znaczy sam siebie doprowadzić na skraj śmierci i jednocześnie mieć zaciesz na ryju. I świadomość że za dwie godziny powtórka z rozgrywki. Przed skokiem na tron królewski rozbijanie kukieł było dla mnie wyczerpującym treningiem, moje kości łamały się a moja wytrzymałość wzrastała bardzo zauważalnie. Teraz? To służy mi za rozgrzewkę przed właściwym treningiem. Wymyśliłem sporo nowych metod wzmacniania się. Zawierały one sporą dawkę netheru, drutow kolczastych, i ogólnego ryzykowania życia poprzez nastawianie swojego własnego wymiaru przeciwko sobie z całych sił.  Zużywałem całą swoją Ki, zdzieralem cały swój pancerz, moje ciało było palone aż do kości przez moje własne ataki energetyczne. Stawiałem na okrucieństwo, szalone metody, wszystko czego on nigdy by nie zrobił. Muszę być zawsze krok przed nim i krok nad nim. Każdy błąd który popełniłem w poprzedniej bitwie zacząłem analizować. Walcząc z wytworzonymi potworami wyćwiczyłem 10 nowych technik bloków, uniknięć, rezygnowałem z moich niektórych chaotycznych zagrań by zyskać na prędkości i precyzyjności ciosów.  Jeśli nie spałem, to ciągle obmyślałem nowe taktyki, nowe zastosowania technik. Jednak ciągle dręczyła mnie jedna myśl. To nie wystarczy.

5 miesięcy od rozpoczęcia treningu. Poznałem w Wiosce parę ciekawych osób. A większość dzieciaków kojarzyła już wielkiego łysego pana z googlami jako nie-pedofilskiego dawcę cukierków. Jako że trening składa się też z odpoczynku podczas którego zniszczone tkanki odradzają się z większą siłą. Wziąłem sobie kilka dni wolnego. Pojadłem trochę pyszności, wypiłem sobie drina z Kuro, poopalałem się trochę, chcąc odpocząć choć przez chwile od ciągłego treningu. Leżąc sobie rozluźniony na leżaku, z ciałem całym w krwiakach i rozcięciach, spojrzałem we wschodzący księżyc w kształcie rogala.
-Wiem że gdzieś tam jesteś, w tym swoim pałacu, w akademii, na sraczu, gdzieś tam kur*a jesteś. Oczekuj mnie. Może i zostałem pokonany. Może i jestem nikim. Ale to jeszcze nie koniec. To jest dopiero kur*a początek.
Rzekłem wskazując w księżyc jakby był swego rodzaju telefonem. Fajnie sie do niego gada. Jak do zwierzaka. Vegeta okazała się lepszym miejscem do treningu niż myślałem. Sam fakt że panuje tutaj 10 krotna grawitacja  umacnia w pewnym stopniu mój organizm.  Ale na tym zakończymy opierdzielanie się. Ponownie otworzyłem portal do netheru tym razem miałem przed sobą inny cel niż do tej pory. Wejście do wymiaru obróconego przeciwko tobie i wyjście po kilkunastu godzinach to coś niezwykle umacniającego. Ale tym razem zostanę tam tydzień. Nie wiem jak to zrobię, jakoś sobie muszę poradzić. *To tylko jeden z kilkunastu niewykonalnych zadań które postawiłem przed sobą odkąd tu zostałem. Teraz już nie są takie niewykonalne.* Powiedziałem sobie w duchu jednocześnie spoglądając na leżak pokrywajacy się krwią, rdzą i zmieniającym swój materiał na drut kolczasty.

***

(Telepatia --> Ósemka) -Ósemka? Siedzę sobie na dachu czyjegoś domku w Wiosce w której Raz się nieudolnie bawił we mnie. Chcesz mnie może odwiedzić? Mam Latte.
Powiedziałem telepatycznie do mojej znajomej. Minęło pół roku odkąd powiedziałem Hikaru by mnie nie teleportował na Ziemię. Co mogę powiedzieć. To jak wakacje na Hawajach. Na płonących, krwawych, zionących ogniem chcących cie zabić Hawajach, na którym żadna tancerka nie chce się z tobą przespać.  To ostatnie nie było moim wymysłem, serio próbowałem. Ale wracając. Mógłbym tak siedzieć w tej wiosce i ćwiczyć, i sie męczyć, ale to da tylko połowę chcianego przeze mnie efektu. I z pewnością nie osiągnę w ten sposób przemiany. Więc zrobiłem sobie ponownie kilkudniową przerwę na regenerację, po czym uznałem że czas wrócić do trybu życia poszukiwacza przygód który pierwszy dostaje w mordę. Zrobiłem już wszystko co mogłem siedząc w piwnicy. Czas liznąć trochę życia.  Szykujcie się kur*y bo nadchodze i mam ki blasta w jednej ręce a butelkę czystej w drugiej. Jak za starych dobrych czasów.

OOC:
Post Skipowy.

nie wiem co tu napisać lel

Zapraszam 8 na latte.
avatar
Kuro
Drobik
Drobik
Liczba postów : 1091
Data rejestracji : 29/05/2012


Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:
http://www.db4evwer.com

Re: Wioska Kuro

on Sro Kwi 06, 2016 9:17 pm
Time Skip

Kiedy wreszcie znalazł się w domu, wezwany przez Kurokarę lekarz szybko postawił chłopaka na nogi i po dobrze przespanej nocy młody Saiyan był gotów do działania. Co prawda chciał się pakować i lecieć do April na Ziemię ale na około było zdecydowanie zbyt wiele wymagających interwencji działań. Mieszkańcy planety przystąpili do masowego pochówku zmarłych wojowników. Niestety nie dawało się pochować wszystkich zgodnie z honorami. Młodemu Saiyanowi przynajmniej udało się pochować ciało Daichiego obok ojca April. Pomimo, iż zakładał, że raczej nie znajdzie przy zmarłym jakichś wskazówek, do końca miał nadzieję, że choćby natknie się na drobiazg lub pamiątkę dla April po zmarłym.
Dalej wypadki toczyły się same, Vegeta wymagała mnóstwa pracy. Można śmiało powiedzieć, że planeta była w runie. Kuro zaczął się angażować wszędzie, gdzie tylko mógł. Odgruzowywał, budował tu i tam. Teraz nawet wielu halfów, czy słabszych saiyan znalazło zajęcie choćby przy rozładunku statków z materiałami budowlanymi, które lądowały dzień i noc z towarami pochodzącymi z Ziemi, czy innych planet. Pewnego dnia przypadkowo spotkał Hachi i jej oddział, pracujący nieopodal pałacu. Dostał od dziewczyny rekomendację, że nic nie wyniesie w kieszeniach i tak pomagając poznał cały oddział. Miał wrażenie, że halfka czuła się przy nim, jako kimś znajomym znacznie lepiej i swobodniej. Widywali się często i z czasem toczyli poważne rozmowy.
Nowy król kręcił się to tu to tam, najwyraźniej chcąc mieć osobiste spojrzenie na wiele toczących się prac. Czasem z Kuro krzyżowali ze sobą spojrzenia ale młodzik nie zakłócał spokoju jego Wysokości. Zresztą sam doszedł do wniosku, że Zick przewiał fakt, że Kuro nie będzie pchał się ani do tronu, ani w jego osobiste otoczenie. Niemniej ciągle po głowie krążyły mu myśli o serum, które zatruwa April. Czy Zick wie? Czy to jego zlecenie? Czy może kazał zniszczyć laboratorium i wszystkie notatki, dane itp? W sumie wiedział kim jest Daichi i to był bardzo niepokojący fakt. Zlecił to Daichiemu, aby zająć czymś Kuro i wyekspediować go z planety? Ale po co, przecież i tak byłby w stanie pokonać tak niedoświadczonego wojownika. Na razie. Witamy w świecie paranoi. Po ostatnich rewelacjach zafundowanych przez Zella, nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Podzielił się tymi przypuszczeniami z Hachi, może ona coś wyniucha. Rozważal też, czy może powrócić do Akademii albo poprosić króla o dołączenie do oddziału specjalnego. W końcu coś mu się z tej walki z Zellem należy. Wyższa pozycja w hierarchii wojskowej przydałaby się dla wioski. Dysponował siłą, z którą należałoby coś zrobić i nie można go tak zostawiać zawieszonego ale Zick chyba by stwierdził, że chłopak nie nadaje się do wojska. Ze słuchaniem rozkazu przełożonych pewnie z czasem udałoby się go okiełznać ale Kuro nie zabijał i to chyba byłby główny atut rozmowy. Po prawdzie wraz z odbudową następowała reforma w armii, bardziej wiedział, że powinien wstąpić do Armii z powrotem niż chciał to zrobić. Tą sferę dalej pozostawił w rozważaniach.
W międzyczasie zajmował się też zielarnią. Od rana do wieczora miał pełne ręce roboty, wystarczy że przyłożył głowę do poduszki i już zasypiał wykończony. Vegeta, wioska i zielarnia zajmowały mu cały czas, nawet nie miał kiedy rzucić okiem na Dragota, który pomieszkiwał w wiosce od czasu do czasu i pod nieobecność Reda stał top 1 ulubieńcem dzieci z powodu cukierkowej magii. Nowy władca zaczynając od wioski Kurokary ufundował budynek z przeznaczeniem, że ma się stać szkołą. Co prawda były głownie dwie klasy, czyli Ci co nie umieją czytać oraz ci, którzy potrafią i powinni rozwijać się dalej. Do tej pory Saiyanie uczyli się we własnych domach, a wiedza z pokolenia na pokolenie coraz bardziej zanikała albo po prostu rodzice zginęli w walce i dalej nie miał kto jej przekazywać. Dodatkowo kilku halfów znalazło pracę. Powoli wioska po wiosce rozwijaną tą inicjatywę.
Kuro starał się też nie zaniedbywać treningów. Sparingował się czasem z Cheprim ale te spraringi były raczej taką lekką wprawką, żaden z nich nie chciał odsłonić swoich kart do końca. Ziemianin także pozostał na Vegecie i angażował się w pomocą, gdzie tylko się dało, a najchętniej w pobliże Hachi. Zdążył zauważyć, że mają się ku sobie mizialce jedne. Czasem też trenował w towarzystwie Hazarda. Zarówno Chepri, jak i kuzyn Kuro pomagali młodemu Saiyanowi zgłębić tajniki kolejnej przemiany. Hazard mógł się uczyć na przykładzie kuzyna, który w trakcie przemiany niemalże natychmiastowo tracił Ki i padał jak zużyta bateria. Kuro nie poddawał się i z treningu na trening wytrzymywał o kilak sekund więcej. Dodatkowo pracą wzmacniał ciało. Mniej pracował nad umysłem, a codzienność pracy życia sprawiła, że coraz mniej myślał o April, ciążę całkiem wyparł z pamięci. Zemsta Daichiego trafiła chłopaka bardzo solidnie.

______________________



avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Sro Kwi 06, 2016 11:16 pm
Tuż przed Kuro pojawił się magiczny portal, z którego wyskoczył jeden z boskich kotów. Gdy tylko stanął na czerwonym piachu, rozejrzał się z niesmakiem i sięgnął do kieszeni po tajemniczy trunek.
-Gorąco tu macie…- wyrzekł upijając parę łyków, po których wyraźnie poprawiła mu się optyka na nową misję. Zdecydowanie nie chciał złazić do brudu, czyli świata żywych, jak to mawiali niektórzy z mieszkańców zaświatów. Niebieskie futro przybysza zjeżyło się, gdy ujrzał ponurą scenerię. –Doprawdy, nawet moje futro zostanie zniszczone jeśli długo tu zostaniemy… Ej przyjacielu, jakiej odżywki używasz do tego ogona?- teraz wyraźnie słychać było dziwaczny akcent, przypominający ziemskich zjadaczy żab. W istocie, nawet ubiór odnosił się nieco do dawnych standardów arystokracji błękitnego globu.
Neko:
Wygiął się rozprostowując grzbiet. Mimo niecodziennego przybycia, cały czas zdawał się bacznie obserwować, czy już ktoś z ludzi króla nie rozszyfrował naruszenia granic Vegety. Po chwili rzucił jedną z kapsułek na duży skrawek ziemi, a po klasycznym buchnięciu, pojawił się mały statek kosmiczny.
Statek:
-Dobra mój ty towarzyszu. Przekaż braciom, że mamy kiłę i resorujemy! Bomwłajarz!- pomachał do wszystkich i podreptał do pojazdu. Gdy już wsiadł do uchylonych drzwi, zorientował się, że Kuro nie wsiada. –Ej, kolego… Wsiadaj już, mamy misję, a jak nie ruszymy za chwilę, to skapną się ci, co nie powinni.- był jeszcze cierpliwy, ale spojrzał na bohatera jak na głupią kurę. Gdy nadal nie było reakcji, wysiadł ze statku, wyjął jeden z pazurów i dziabnął nim małpiszona. –Słuchaj no, Kaede poprosiła mnie, żebym ci pomógł i wymyślił coś na tą twoją ukochaną, więc rusz ten zapchlony tyłek i spadam stąd, zanim klimat całkowicie mnie rozniesie.

______________________


avatar
Kuro
Drobik
Drobik
Liczba postów : 1091
Data rejestracji : 29/05/2012


Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:
http://www.db4evwer.com

Re: Wioska Kuro

on Wto Kwi 12, 2016 11:38 am
Całe swoje cierpienie zatopił w ciężkiej pracy. Żył z dnia na dzień. Podobnie dziś, dzień jak co dzień wracał do domu. Ciepły wieczorny wiatr smagał przyjemnie po twarzy. Ni z tego ni z owego z jakiegoś energetycznego portalu wyskoczył kot w ubraniu. Chyba już gdzieś kogoś podobnego widział ale nie bardzo mógł sobie przypomnieć.

- Eee szamponu? – Odpowiedział inteligentnie Kuro, zapytany o odżywkę do futra. No dobra, ten gada? Zwariowałem, mam udar, czy mimo wszystko popadam w paranoję? Pomyślał sięgając ręką do czoła i sprawdzając, czy aby na pewno nie ma gorączki. Jednak to nie był koniec. Kot z chyba wrodzoną sobie beztroską rzucił kapsułką, z której wyłonił się całkiem sporych rozmiarów statek kosmiczny. Saiyan zafrasowany popatrzył na malucha i na statek raczej nie zaliczając kociego przybysza do groźnych najeźdźców. Potem powiedział coś, czego małpiszon poza ostatnim słowem kompletnie nie zrozumiał i wskoczył do statku. Kuro wzruszył ramionami. Ot w końcu galaktyka jest pełna dziwnych stworzeń. Olał kota i postanowił ruszyć w swoją stronę. Kocur jednak postanowił przyczepić się do niego. Wyjaśniło się przynajmniej skąd się wziął. Saiyan był ciekaw, co tam słychać u boginki. Lubił tą dziwną dziewczynę, czy raczej kobietę, choć miał focha za wciągnięcie April w tą całą rozróbę z Zellem.

- Ale ja nie mam ukochanej. – powiedział ze smutkiem patrząc na małe stworzenie. Pierwsza nie żyje, drugą zamieniło w demona i to faceta, a ta najbliższa sercu straciła pamięć. Trzeba by jej pewnie zafundować niezłą traumę i miesiące testów laboratoriach, Nie chcę jej na to narażać. Kobiety chyba powinny trzymać się ode mnie z daleka. Poza tym nie mam zamiaru nigdzie lecieć od tak. Już raz siedziałem w pace, robili na mnie testy i skazano mnie na śmierć nie mam ochoty robić sobie tyłów u nowego króla. Może masz ochotę na szklankę zimnego mleka? Chociaż tyle mogę dla Ciebie zrobić.

OOC:
Trening start.

______________________



avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Wto Kwi 12, 2016 6:16 pm
Powiedzieli mu, że będzie ciężko. Trochę się ucieszył reygnacją gospodarza, na dobrą miarę mógłby…
-O Kurczaczk…- zbluzgał po cichu uświadamiając sobie, że jest skazany na pomoc drobiu. –No dobra małpiasty kolego. W życiu każdego ptaka przychodzi taka chwila, gdzie trzeba wylecieć z ciepłego gniazdka.- zaczął z przekonaniem prawić morały, po profesorsku strzepując z ramienia niewidoczny pył. –Tym bardziej, że nie jesteś żadnym nielotem. No i co teraz? Zamierzasz siedzieć z założonymi rękami, podczas gdy April może coś zagrozić? A jak dorwie ją bardzo silny demon? W dodatku ma twoje dziecko idioto!- Neko był zirytowany. Tak naprawdę miał w poważaniu sytuację osobistą Kuro, był wkurzony, że dostał tak niewdzięczną misję w syfie. Chociaż na jego miejscu zachowałby się inaczej.
Oddalił się do swojego pojazdu, przez długi czas szukając jakiejś części. Potwierdziło się najgorsze, Kaede była na tyle przezorna, że nie dała mu narzędzia umożliwiającego samodzielny powrót do zaświatów. Więc musiał teraz wyciągnąć saiyanina w przestrzeń kosmiczną i zmusić go do działania, bo inaczej nigdy nie dotrze do ciasteczkowej planety w zaświatach.
Podreptał do Kuro i spojrzał na niego zdecydowanym wzrokiem.
-Słuchaj no, pomożemy ci odzyskać April i twoje dziecko. Co by nie było, Kaede jest z rasy bogów. Ale nie zdradzę ci więcej szczegółów, dopóki nie uniemożliwisz nam startu w kosmos. Nowy król zdaje się ma jakiś dług wobec ciebie nie? Użyj mojego radia i poproś go o zezwolenie na start w celu rekreacji. Od kiedy bohaterowie stali się takimi kurami domowymi co?- spojrzał wyczekująco, domagając się konkretnej odpowiedzi. Użył już wszystkiego, wjechał gościowi na ambicje, odwołał się do dumy, nawiązał do miłości, niebezpieczeństw, utraty dziecka… -Jeśli myślisz, że to dla mnie hobby, to jesteś w błędzie, ale bez ciebie nie dostanę się do mojego dumu… Kaede musiała przewidzieć taką sytuację, gdy wrzuciła mnie w teleportacyjny portal. Wprost nie wierzę, że odpowiada ci siedzenie tutaj, gdy jest cień nadziei na coś więcej.- wciąż wkurzony westchnął cicho i wrócił do statku kosmicznego, wskakując na jedną z jego części. Musiał się zastanowić co dalej. Jeśli ta głupia małpa z nim nie wyruszy, to pozostaje mu użyć swoich umiejętności i uciec statkiem przed mieszkańcami Vegety. Tylko co dalej? Obrać kurs na jakąś cywilizowaną planetę i tam pozostać? Najlepsze wydaje się Namek, ale co gdy trafi na jaszczury? Sam nie znał ani telepatii ani teleportacji.
Neko wskoczył do kabiny, włączając osłony przeciw radarowe. Chyba nie ma na co czekać, tylko pora grzać silniki…

______________________


avatar
Kuro
Drobik
Drobik
Liczba postów : 1091
Data rejestracji : 29/05/2012


Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:
http://www.db4evwer.com

Re: Wioska Kuro

on Pon Kwi 18, 2016 12:01 pm
Z początku, aż się w nim zatrzęsło. Nie będzie go padalec jeden, dachowiec zapchlony obrażał i jakby tego było mało wyzywał od drobiu. Gdyby ten kot trafił na jakiegoś innego Saiyana lub wojskowego, to zapewne zostałby skrócony o tą paskudną mordkę. Chwilę później zastygł w bezruchu, zmroziło go i przestał odbierać otaczający go świat. April była, jest z nim w ciąży o Bogowie. Kiedy? Jak? Takie głupie pytania plątały mu się po głowie nim uprzytomnił sobie, że dziewczyna jest w ciąży sama, na dodatek bez opieki i na Ozaru nie pamięta z kim. Z drugiej strony, czy ten kot nie robił go w balona? Po April nic nie było widać, była trochę humorzasta, nawet bardziej niż zwykle ale nieeeeee myśli stereotypami. Zresztą sytuacja, w której wtedy się znaleźli wydobywała z każdego wiele skrajnych emocji. Jednak pozostaje niezaprzeczalnym faktem, że April jest gdzieś na Ziemi sama, a on zachował się niczym ostatni cham i to delikatnie powiedziane. A niech to gnomy obesrały.
Wywlókł kocura znad sterów i potrząsał nim energicznie.

- Czy ona na pewno jest w ciąży? Ze mną? Jeśli kłamiesz to uduszę cię gołymi rękoma parszywy dachowcu.  

Przynajmniej obaj wyjaśnili sobie, że nie lubią się nawzajem. Teraz najważniejsza jest April. Trzeba jakoś się wydostać z Vegety. Na bani z tym kotem nie poleci, bo jak nic zrobią z nich skwarkę. Własnego statku nie miał, nie był też w wojsku aby móc wylecieć. W zasadzie to komu podlegała wioska? Chyba bezpośrednio królowi. Złapał kota pod pachę i gdy ten z powrotem zminimalizował pojazd Saiyan pobiegł z nim do swojej wioski. Dał kotu obiecane zimne mleko, a sam poszedł wziąć szybki prysznic. W tym czasie do kuchni wszedł Kurokara i na widok kota we wdzianku jego twarz rozpromienił uśmiech.

- Cześć, znasz może Daro?

Saiyan szybko spakował dwa plecaki, swój i plecak April z jej rzeczami, przebrał się w też czystsze i lepsze ciuchy. Wpadł jak bomba do kuchni i capnął kota.

- Gdzie Cię niesie młody?
- Musze odnaleźć i ratować April.
- No nareszcie, a jak chcesz lecieć na Ziemię?
- Jeszcze nie wiem, coś wymyślę – z tymi słowami wypadł z domu ino właśnie. Co teraz?

Zaczął lecieć w stronę pałacu nie spiesznie próbując coś wykombinować na prędce.

OOC:
Nowe ciuchy Kuro
http://pl.tinypic.com/view.php?pic=2v1td74&s=9#.VxSwGfvbHbc
ZT --> Plac przed Akademią.

______________________



avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Pią Cze 03, 2016 10:01 pm
Czas to bardzo ciekawa rzecz. Czasami płynie powoli, wręcz niezauważalnie, a innym razem leci jak szalony na złamanie karku. Zazwyczaj działo się to w czasie jakichś ważnych wydarzeń lub w trakcie pracy. Tak też było w przypadku pewnego demona. W trakcie ciężkiego treningu, którego się podjął czas zleciał mu jak z bicza strzelił. W trakcie jednego miesiąca walczysz przeciwko królowi planety, żeby w kolejnych ćwiczyć w celu zabicia jednego Saiyanina. Teraz zaś demon odpoczywał sobie na dachu jednego z budynków i popijał chłodną kawę po ciężkim treningu. Nikt mu nie przeszkadzał. Pomimo tego, że mieszkańcy wioski przyzwyczaili się do niecodziennego mieszkańca, a dzieci nawet polubiły go, to jednak woleli mu nie przeszkadzać, kiedy trenował. Nigdy nie wiadomo na co wpadnie, gdyż jego humor i myśli były nie do ogarnięcia dla normalnych osób. Poza tym mieszkańcy wioski mieli swoje prywatne problemy. Jednakże chyba nie wszyscy mieli co robić. Pierwszy był mały kamyczek. Ot niepozorna rzecz, która wylądowała w kawie demona. Zanim jednak granitowy demon o niebiesko białym pancerzu, który wyglądał dla zwykłego obywatela jak stalowy zorientował się co się dzieje to nadleciał kolejny kamyk. Tym razem większy. Ten zaś trafił już demona prosto w tors, ale siła rzutu raczej nie zadała mu żadnych obrażeń. Kamyk się po prostu odbił od wojownika. Ten zaś w końcu podniósł swój wzrok, żeby zobaczyć kto jest autorem tych rzutów.
Dziecko:
Okazało się, że jest to mała dziewczynka o zielonych włosach, ubrana w białą sukienkę. Na oko mogła mieć pięć lat, może mniej. Uśmiechała się do demona, a ten mógł dostrzec, że brakuje jej jednego zęba. W ręku trzymała jeszcze jeden kamień, który też szybko poleciał w stronę gościa na Vegecie. Ten jednak demon mógł złapać, zniszczyć lub uniknąć. Jego wola. Jednakże dziecko chyba nie skończyło na tym. Podskoczyło w miejscu i pomachało do demona dając mu znak, że chciałoby się z nim pobawić. Zaraz po tym poleciało gdzieś między skały, których było całkiem sporo i często były wykorzystywane przez młodszych mieszkańców wioski do zabawy. Pytanie tylko, czy demon do niej dołączy.

Occ:
Post dla Draga
Witam cię ponownie. Lecisz za dzieciaczkiem czy nie?

______________________


avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Sob Cze 04, 2016 10:14 pm
Kawa to bardzo ciekawa rzecz. Czasami wypijam ją powoli, wręcz niezauważalnie, a innym razem wypijam jak szalony lub na złamanie karku. Zazwyczaj działo się to po treningu gdy zmęczony po całym dniu ostrych manewrów bitewnych przy akompaniamencie srogiej metalowej muzyki którą w jakiś sposób udawało mi się włączać w Netherze mogłem usiąść sobie wygodnie na dachu czyjegoś domu i wypić zimną orzeźwiającą kawę. Powiadają że bywam chaotyczny i niezrównoważony. Mój gust muzyczny jest taki sam, toteż w ten piękny letni (czy jak to oni mówią na pory roku tutaj) dzionek bardzo brakowało mi jakiegoś spokojnego jazzu najlepiej o niespełnionej miłości i żeby był gitarzysta który potrafi shredować. I dzionek byłby idealny. W sumie brakowało mi jeszcze by ktoś mi z zaskoczenia zaje...

-Co tu k*rwa robi ten kamień?...

Powiedziałem po tym jak z nieokreślonego przeze mnie jeszcze kierunku do mojego ulubionego napoju nie alkoholowego wleciał kamyczek. Ktoś ma myśli samobójcze i lubi sado maso że do mnie startuje? Nim zastanowiłem się nad odpowiedzią dostałem kolejnym, większym. Dobra, muszę przyznać. To zdobyło moją atencję. Rozejrzałem się i ujrzałem osobę odpowiedzialną za tą jakże przyjemną niespodziankę.

Tak patrzę, drapie się po głowię i zacząłem się zastanawiać czy ci typkowie tam na górze w tym momencie zakładają się o gruby szmal o to czy ta dziewczynka też da mi kosza. Znam te wasze sztuczki panienki. Najpierw rzucacie kamieniami, albo chowacie moje książki do swojego plecaka, a potem cieszycie się że macie swojego niewolnika i pierwszy dzień po ślubie zmieniacie diety na amerykańskie i piszecie listy obowiązków zaczynające się na masażu stóp a kończące się na znajdywaniu 15 szczurzych ogonów jak w grach RPG. Ale w tym wypadku jestem skłonny uwierzyć że to po prostu dziecko które chce się pobawić i ma tak przesrane w życiu że mogę być pierwszym który zwróci na nią uwagę. Na moich oczach rzuciła trzecim kamieniem. Miałem tylko chwile by zdecydować co zrobić. Złapać, zniszczyć, uniknąć... już wiem.

-To musi smakować lepiej niż żarcie kadetów, z tego co słyszałem.
Powiedziałem przeżuwając głośno coraz bardziej rozdrobniony fragment skały. Pomyślałem że może to będzie śmieszne, i będzie ciekawą odskocznią od przeżuwania ludzkiego mięsa lub żył. Poza tym po tak długim treningu mój mózg nie funkcjonował niesamowicie dobrze. Więc zrobiłem pierwsze co mi przyszło do głowy. Zeżarłem.

Typiara mi pomachała i zniknęła chcąc pobawić się ze mną w berka. Brzmi jak początek jakiejś strasznej historii która kończy się opisem zmasakrowanych zwłok na tysiąc słów. Albo jest przynętą jakiegoś pogromcy pedofili który uzna że widział jak się na nią śliniłem. Ale Vegeta jest tak cholernie nudnym miejscem że uznałem że to przynajmniej jakaś odmiana. Tak więc wstałem, otrzepałem się z kurzu, strzeliłem z kostek, przeciągnąłem się, i spojrzałem w skały w których zniknęła.
-NADCHODZĘ!
Krzyknąłem po czym wystrzeliłem w owe skały. Mam nadzieję że gdzieś, jakimś cudem, tam w skałach znajdę komuś komu będę mógł dać w mordę niskim wysiłkiem. To by mi bardzo poprawiło humor.

OOC:
Post dla NPC.
Witam cię ponownie. ((generyczny dialog podjęcia decyzji z Mass Effect))
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Sro Cze 08, 2016 10:11 pm
Dziewczynka otworzyła oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyła jak demon pożera kamień. W sumie Saiyanie jedli różne rzeczy, które dla innych ras były nie do ruszenia, ale dziewczynka jeszcze nie widziała jak ktoś zjadłby kamień i jeszcze by mu smakował. Jednakże dziecko musiało szybko się skupić, gdyż Dragot miał ochotę na zabawę. W sumie dobrze się składało, że w okolicy nie było żadnego dorosłego, albo łowcy pedofili, bo mogliby źle odebrać tą radość w oczach demona. A on przecież się cieszył na dobrą zabawę z małą dziewczynką. Przecież nie będą oglądali małych kotków w piwnicy czy innych rzeczy. Choć na Vegecie takie czasy i taka młodzież, że nie wiadomo czy w tej piwnicy Drag nie dostałby po łbie od jej kolegów i nie obudziłby się później bez pieniędzy, nagi i przyklejony do jakiegoś obiektu rządowego. Dlatego też ten start za małą dziewczynką mógł skończyć się dwojako. No, ale co może zrobić małe dziecko takiemu wielkiemu bysiorowi jakim był demon? Jego okrzyk bojowy też pewnie przyciągnął zdzwione spojrzenia mieszkańców, ale zrzucili to na jego dziwactwa. Nikt nie zauważył dziewczynki. Albo nie chciał widzieć.
Demon jednak musiał szybko wyhamować swój pęd, gdyż nie widział dziecka, ani nie wyczuwał jego energii. Mogło być to zarówno frustrujące jak i interesujące. No w każdym razie do uszu demona doszedł cichy śmiech i mignięcie sylwetki dziecka. W następnej sekundzie kupa kamieni obok, które się znajdował runęła w jego stronę. Tylko jakim cudem skoro nikt tego nie ruszał, ani nie było wiatru. Czyżby to dziecko? Nie. Chyba nie.

Occ:
Drag kamulce na ciebie lecą. Liczę na ciekawy sposób poradzenia sobie z nimi. I pamiętaj. Dziecko ci ucieka, a kotki czekają.

______________________


avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Nie Cze 12, 2016 6:30 pm
-CHOĆ POGRAMY W KAKAO! ZNACZY W MAKAO!
Wykrzyknąłem w kierunku w którym młoda zniknęła. Mam nadzieje że nie zniknęła jak pieniądze w ZUS. W końcu nie może być aż tak silna w tym wieku. Ja w jej wieku nie wiedziałem jak się lata. A może to córka jednego z typków którym odgryzłem głowy podczas rebelii i nasłała na mnie dryblasów? Cóż pożyjemy zobaczymy. Zatrzymałem się na jednej ze skał, rozejrzałem się. Moje zmysły są dość mocno wyczulone jak na arcydemona przystało, ale słyszałem tylko hałas dochodzący z wioski. Byłem w stanie w taki sposób nawet usłyszeć bicie serca ale teraz cisza. Interesujące. Znowu wpadłem w jakieś gówno.

Słuch zawiódł. Postawiłem parę kroków do przodu, wyczuliłem zmysły jeszcze bardziej, ale wciąż nic nie mogłem ustalić. Pozostaje skorzystać z lajf haka. Zatrzymałem się, zamknąłem oczy i wyczuliłem zmysł wyczuwania Ki do tego stopnia że dość wyraźnie czułem mrówki wędrujące nieopodal. Ku mojemu zdumieniu nawet to nie wystarczyło do wykrycia jej. Szczęka mi lekko opadła i brwi napięły z racji niedowierzania. Nie możliwe by tak młoda dziewczynka nauczyła się ukrywać Ki bez najmniejszego śladu. Cholera ja się tego długo uczyłem, i między innymi przez brak tej techniki nie wygrałem starcia z Razielem. Jednak w pewnym momencie pojawiła się iskra. Błyskawicznie otworzyłem oczy i zobaczyłem dosłownie mignięcie jej sylwetki razem z cichym śmieszkiem. Ledwo zdążyłem się ruszyć w tym kierunku, już jej nie było. Miast tego z drugiej strony kamienie ożyły i postanowiły mnie zjeść. Czas pokazać te kocie ruchy.

Kamienie na szczęście poleciały we mnie w dość dużych odległościach od siebie. Skok i poza taneczna w powietrzu. Dwa wyminięte. Wylądowałem i zrobiłem piękne salto w tył. kolejne dwa kamulce ominięte w pięknym stylu. Tera będzie trudniej. Będe musiał zrobić szpagat. O kurde już mnie boli, ale trzeba spróbować.
- O KUR**!
Gdybym miał dżondra to teraz zostałyby rozerwane w pół. Nie udało mi się ominąć jednego kamulca. Trafił bardzo niefortunnie. Nie muszę chyba mówić że pozostałych trzech nie udało mi się ominąć i uderzyły mnie leżącego w plecy, już z minimalnym bólem.
-To okrutneeee!
Powiedziałem wyjąc z bólu, próbując się jednocześnie podnieść by nie pozwolić jej uciec. Zabawa się skończyła. Teraz to sprawa osobista. Stała się moim śmiertelnym wrogiem. Dopadnę ją za to. Tak w ogóle jak ona to zrobiła? Telekineza? Są tylko dwie opcje albo to dziecko to mutant, albo to tylko iluzja. Lub przybrana postać czy whatever jakaś sztuczka złego złoczyńcy.
-Nie wiem kim jesteś i w co się chcesz pobawić ale dopadnę Cię i spuszczę ci porządny wpier**l, albo dostanę dwa razy większy. Znając moje szczęście stanie się to drugie.... Szukam!
Powiedziałem po czym wystrzeliłem z możliwą prędkością bez ujawniania energii przeszukując każdą szparkę i zamakarek w skalnej okolicy.

OOC:
Dostałem w okrągły stół. Dalej szukam dzieciaka na full speedzie i go przywołuje głosowo. Czekam na odpis \m/
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Czw Cze 16, 2016 8:52 pm
Takie okrzyki na pewno nie zapewnią demonowi miejsca w przedszkolu na posadzie pana wychowawcy. Choć jako komik i sprzedawca mógłby próbować swoich sił. Wiedział jak zwrócić na siebie uwagę, co przy jego chorych pomysłach podczas walki mogło być bardzo przydatne. Nigdy nie wiesz co czai się w umyśle psychopaty, dopóki nie odczujesz tego na własnej skórze. Kilku Saiyan odczuło jego pomysły i można powiedzieć, że nie cieszył się dobrą opinią u nich. Kilku nawet przysięgło mu skopanie dupy, ale może przyjemności potem. Aktualnie Arcydemon dał się wciągnął w pułapkę jak małe dziecko do piwnicy zwabione wizją ślicznych, puszystych koteczków. Całe szczęście, że nasz bohater był o wiele bardziej rozgarnięty, a jego zamachowiec głupszy bo już mógłby skończyć z wielkim fioletowym dildem…., gdzie ja skończyłem? Na tym, że na stalowokolorowego wojownika leciała cała masa kamieni, które dziwnym trafem postanowiły przestać solidnie wyglądać i polecieć na pierwszego lepszego. Noty za pierwsze akrobacje i wykończenie w formie szpagatu były najwyższe, jednakże już sama końcówka występu podpadała pod mierną. Po wyciągnięciu średniej można liczyć na przejście do dalszego etapu naszego konkursu.
Okrzyk zaś jaki wydarł się z jego gardła był zapewne słyszalny nawet w królewskich komnatach. Król się pewnie zastanawiał czy kogoś mordują, czy czyjaś teściowa śpiewa dzieciom kołysanki. Jednakże to nie była żadna z tych opcji. Jednakże ta mała zabawa, którą dziecko zafundowało demonowi sprawiła, że ten się nieźle zdenerwował. Przyspieszył swoje poszukiwania, lecz energia dzieciaka znów zniknęła, jakby zupełnie nie istniała. Mogło to wydawać się dziwne, że taki bachor potrafi ukryć swoją energię. Albo była nadzwyczaj zdolna, albo ktoś dosypał czegoś do dzisiejszej kawy Dragota. Nie ważne. Ważne było to, że energia znów się pojawiła, choć odrobinę inna. Jednakże jej konsystencja i siła były takie same jak wcześniej, i co najlepsze ofiara, znaczy towarzyszka gier i zabaw wojownika, znajdowała się kilka metrów od niego. Tuż za startą kamieni. Dlatego też nie zastanawiając się wiele nasz bohater ruszył w stronę dziecka z bliżej nieznanymi planami. Demon wypadł niczym rasowy sprinter zza kamieni i stanął jak wryty. Nie było nigdzie dzieciaka.
- Latasz jak kot za pęcherzem. Spodziewałam się o wiele więcej po Arcydemonie.
Głos dochodził z góry, a dokładniej z jednej sterty kamieni, na których siedziało dziecko. Jak mógł jej nie zauważyć. Teraz jednak dziewczynka siedziała i uśmiechała się do niego wrednie. Zupełnie inaczej niż w wiosce. W następnej chwili jej sylwetka rozbłysnęła i zaczęła rosnąć, aż pojawiła się jej nowa postać. Wysoka, piękna kobieta o długich włosach, które kolorem przypominały świeżo przelaną krew. Jej prawe oko było zasłonięte przez grzywkę. Miała na sobie pancerz, który uwydatniał całkiem nieźle jej atrybuty.
Kobieta:
Kobieta spojrzała ponownie na demona i tym razem na jej twarzy pojawił się chłodny uśmiech, który raczej miał pokazywać, że spodziewała się czegoś więcej.
- Głośny i nierozgarnięty. A myślałam, że tacy wyginęli. – rzekła i założyła jedną nogę na drugą.

______________________


avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Sob Cze 18, 2016 12:32 pm
Tu jest - pomyślałem. Po paru minutach przebytych na tajm razy 5, ucieszyłem się na widok tej dziewczynki. Ponownie miałem nadzieję że za rogiem nie czai się żaden pogromca pedofili. Lecz niestety dziewczynka jakoś zniknęła zanim zdążyłem się wystarczająco zbliżyć. Dobra, zaczynam się domyślać o co chodzi. Jak zwykle domyślam się tego o wiele za późno, ale dobra. Zahamowałem nogami tworząc dwumetrowy ślad na skalnej powierzchni. A gdy się zatrzymałem, rozluźniłem swoje mięśnie. Z napięcia nigdy nic dobrego nie wynika. Teraz mogę mieć pewność że to nie dziewczynka a iluzja lub ktoś kto przyjął jej wygląd. Mój wyraz twarzy z humorystycznego odwalacza maniany powoli przekształcił się w zaintrygowanego poważnego demona. Stałem tak jak figura, głęboko oddychając i skanując otoczenie dookoła. Wkrótce ją jednak usłyszałem.

-hmmm?
Wydałem z siebie cichy dźwięk w odpowiedzi na jej słowa. Dawno nie słyszałem powiedzenia o kocie biegającym za pęcherzem. I w sumie nigdy nie wiedziałem o co w nim chodzi. Ale mówiąc że spodziewała się więcej po arcydemonie zaintrygowała mnie bardziej. W sumie powoli zaczynałem zapominać o tym przedrostku. Życie mi udowodniło że megalomania i zapatrywanie się w swoją rangę do niczego nie prowadzi. Szczególnie po spędzeniu takiej ilości czasu z osobami znacznie silniejszymi ode mnie. Co to za Arcydemon którym się pomiata? No właśnie. Dlatego zrezygnowałem z mówienia tak o sobie. Powoli odwróciłem się w kierunku z którego dochodził głos. Energia którą poczułem od sylwetki dziecka nieco się zmieniła. Po chwili i sama sylwetka się zmieniła. W miarę kolejnych zmian zaczynałem zmieniać zdanie o tej grze w makao i chętnie zmieniłbym tą propozycję na wcześniejszą. Choć jeśli źle by to zrozumiała skończyłoby się to dla mnie tragicznie. Moja mimika nie była jednak ślinieniem się. Podniosłem lekko brwi zaciekawiony jak to się potoczy.

-Bo wyginęli. Tylko ja miałem więcej szczęścia niż rozumu. Albo rzeczywiście coś jest na rzeczy że jeszcze żyję. Kto wie.
Powiedziałem pół poważnym pół beztroskim tonem, niejako przedstawiając swoją postawę. Ta całkiem niebrzydka demonica wyglądała na wyraźnie rozczarowaną. Zrobiłem przecież szpagat. Fakt że mogłem go zakończyć lepiej niż zatrzymaniem kamienia dżondrami czy tam miejscem w którym ludzie je mają, ale jednak.
-Jaki jest twój cel zwabienia mnie tutaj? Chcesz mnie zabić? Wchłonąć? Sądząc po twojej szybkości i zawiedzionej minie niewiele by ci to dało. I wówczas już byłbym martwy.  Zatem?
Głośno wyraziłem swoją ciekawość. Dopływało do mnie trochę adrenaliny gdyż nie mam wątpliwości że istota przede mną byłaby w stanie mnie zabić bez większego problemu. Ale skoro jeszcze żyję, to znaczy że musi mieć jakiś inny cel. W głowie pojawiały mi się teraz różne fantazje co chciałaby ze mną zrobić włącznie z BDSM ale jeśli serio chce przeżyć muszę się ich szybko pozbyć.
OOC:
Trening start? Mogę?
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Czw Cze 23, 2016 9:01 pm
Kobieta patrzyła na niego poważnym wzrokiem. Wyglądała jakby żarty i postawa demona nie robiły na niej wrażenia, jednakże kącik jej ust delikatnie drgnął. Słyszała parę pogłosek podczas swoich podróży i naprawdę miała przed oczami kogoś zupełnie innego niż osobnik przed nią stojący. Wyczuwała jego moc, kiedy latał za nią jak wąsaty wujek, za seksowną siostrzenicą, ale zawiodła się jego inteligencją. No nie znała dokładnie jego zachowania i nie wiedziała jak zachowuje się w czasie walki. Oceniała go poprzez to co widziała aktualnie. A jego okrzyki i działania nie stawiały go w zbyt dobrym świetle.
- Z tym się zgodzę. Z twoim rozumowaniem nie jest zbyt dobrze. Te okrzyki też nie należały do najbardziej mądrych. Ile ty masz lat? Dwa? – powiedziała czerwonowłosa chłodnym tonem. Zawiodła się, ale nie wszystko jeszcze stracone. Może pod tą fasadą błazna ukrywa się ktoś w miarę kompetentny. Westchnęła cicho i założyła niesforny kosmyk włosów za lewe ucho. Jej brązowe oko wpatrywało się dokładnie w demona. Zupełnie jakby chciała go przepalić na wylot i zobaczyć co jest nie tak z jego duszą. Dobrze, że nie czytała w myślach, bo demon mógłby mieć naprawdę przewalone. No, chyba że trafił na nimfomankę. W tym wypadku to byłby najlepszy dzień w jego życiu. Lecz kto wie.
- Cel. Każdy ma jakiś cel w swoim życiu. Dla niektórych to zemsta. Dla innych to chęć przetrwania. A dla jeszcze innych zdobycie potęgi, która niszczy światy. – powiedziała kobieta, a następnie zeskoczyła zgrabnie ze skały. Teraz Dragot mógł dokładnie przypatrzyć się jej twarzy i reszcie kształtów. Przypatrzyć, gdyż w trakcie zeskoku jej pancerz zniknął i zamiast tego jej tors okrywała biała koszula. Bardzo napięta koszula.
- Mój cel na razie niech pozostanie tajemnicą. Tobie powinno wystarczyć, że nie chcę cię zabić. Mam dla ciebie propozycję, ale najpierw chcę zobaczyć jak sobie radzisz. Atakuj mnie. Zobaczymy czy coś umiesz poza bycie perwersem. – rzekła czerwonowłosa i przyjęła pozycję bojową. Na jej twarzy zagościł lekki uśmiech.

OOC:
Draguś. Atakujesz Erzę. Opisujesz jak tam walczycie i się starasz. Dziewczę ma przewagę, ale kilka razy możesz trafić. Pamiętaj jednak, że każda akcja budzi reakcję. Pokaż na co cię stać i pamiętaj, że oczy ma wyżej. Możesz też wykonać trening.

______________________


avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Sob Cze 25, 2016 10:07 pm
-Psychicznie możliwe że tak.
Odpowiedziałem na pytanie co do mojego wieku. Wyglądała jakby oczekiwała księcia z bajki a przed nią był brzydki obleśny ogr. Ktoś jej musiał nagadać wielu bajeczek. patrzyła mi się w oczy wzrokiem który wywołałby erekcje u każdego sprawnego faceta. Dobrze że jestem demonem. I nie perwersem. Nie aż takim przynajmniej. Zdołałem do siebie przekonać parę miłych pań w wiosce Kuro, gdy miałem swój wygląd człowieka. Tak więc nie mogę narzekać na niewyżycie niczym opuszczony dziadyga. Zawsze znajde sposób. Nawet jeśli dotyczy to pięcio... pietnasto... eee nieważne.

Gdy czerwonowłosa zeszła ze skały zdjęła z siebie niepotrzebna zbroje i sprawiła że przeciętny facet teraz musiałby zmienić nie tylko gacie ale cały swój strój z powodu niekontrolowanej fontanny. Ale mnie to nie ruszyło aż tak. Fakt, uśmiechnąłem się lekko mocniej i widok ten był miły dla oka, ale nie rozproszy mnie on w najmniejszym stopniu. W klubach do których chodziłem widziałem zgrabniejsze. Choć może ma z tym coś wspólnego fakt że widziałem wtedy poczwórnie i nawet 400 kilowy monster wydałby mi się atrakcyjny, ale jednak.

Wyzwała mnie do walki. Tak jak jej wcześniejsze słowa po mnie spływały i odbierałem je z dystansem tak teraz wprost kazała mi udowodnić że jestem coś wart. I w tym momencie już spoważniałem. Wiedziałem że mam do czynienia z kimś silniejszym ode mnie. Nie wiadomo jak bardzo. Ale to było splunięcie we wszystkie moje treningi od prawie trzech lat. Chce się dowiedzieć czy coś umiem? Jak silny jestem? Dobra. Masz to zapewnione. Uważaj czego sobie życzysz.
-Przekonajmy się.
Powiedziałem poważniejszym, niższym głosem jednocześnie podnosząc prawą dłoń w górę. Jednak nie było to tworzenie Ki blasta. Wykonywałem gest robienia okręgów palcem wskazującym. Kilka sekund później dało się usłyszeć nagłaśniające się syreny alarmowe, dochodzące zewsząd. A wraz z nimi horyzont zaczął zanikać, obszary dalej położone przestały być widoczne, aż w końcu jedynie 200 metrów wokół nas było częścią tego świata. Potem zaczęły powoli zanikać kolory, sprawiając iż skały, niebo, piach, wszystko wokół było w odcieniach gotyckiej szarości. Tak, wezwałem Nether, bym mógł użyć pełnej mocy i nikt nie mógł mnie wyczuć. To bardzo ale to bardzo rozsądny ruch. Tak samo jak ograniczenie terenu walki aby nie pozwolić jej uciec z zasięgu wzroku. Walka na moich zasadach. Teraz czas pokazać na co mnie stać.

-FLAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAIIIIIIIIIIIIYYYYYYYYYGHHHHHHH
Wydarłem się, choć nie tak jak wcześniej podczas gdy Ziemia pode mną zaczęła drżeć, kamyki podnosić a czarna smolista aura zaczynała zmniejszać swe rozmiary, aż w końcu w pewnym sensie wybuchła skupiając się przy mojej sylwetce zmieniając swoją strukture na skondensowaną, czarną, elektryczną aurę. Power up trwał zaledwie kilka sekund i miał być praktyczny, nie mam tutaj kogo straszyć swoją potęgą wynoszącą niemal 80.000 jednostek. Postanowiłem że zacznę z grubej rury i pokaże cały swój arsenał. Wystrzeliłem w kierunku czerwonowłosej jednocześnie używajac zanzokena dzieląc się na trzy (cztery ale cii) kopie, trudne do odróżnienia nawet dla czujących ki z racji małej odległości od siebie. rozdzieliły się w pewnym momencie chamując iustawiając się w pozycji trójkąta w środku którego była ona. Wyruszyli z pełną prędkością by zaatakować z trzech stron. Debilna taktyka można by pomyśleć. Kobieta bez większego problemu uniknęła ataku unosząc się do góry. jednak 3 kopie przeleciały przez siebie nawzajem i zniknęły. To mogło oznaczać tylko jedno. Zgrabna typiara podniosła szybko głowę unosząc jednocześnie gardę do góry, na widok prawdziwego demona atakujacego dłońmi złączonymi w młot od strony nieba. Zderzenie całej mojej siły z jej blokującą ręką stworzyła sporą falę uderzeniowo-dźwiękową która rozległa się po całym netherze. "cholera, szybka jest." Pomyślałem, ale to mnie nie demotywowało.

Od razu po tym zacząłem serię ciosów od różnych stron, różną techniką ale maksymalna szybkością przy zachowaniu precyzji. Każdy z nich został zablokowany lub uniknięty, lecz udało mi się wywołać presje. Kilka razy byłem blisko lub bliżej zadania ciosu, obydwoje byliśmy w powietrzu co dawało mi pole do popisu. Były one nieprzewidywalne i jak to sama powiedziała nie najmądrzejsze. I właśnie dlatego skuteczniejsze. Walczyło się ze mną zupełnie inaczej. I w pewnym losowym momencie gdy ta zrobiła postawę by cios zablokować ja chwyciłem ją z całej siły dłoni za nadgarstek, a w drugiej ręce wytworzyłem szpony techniką Ki Sword. Były prawie trzykrotnie większej długości i średnicy niż podczas walki z Razielem, były również w stanie wyrządzić więcej obrażeń. Ewidentnie nie tego oczekiwała, zdołała się wyswobodzić z uścisku i oddalić zanim została trafiona energetycznym pazurem, lecz dzięki zasięgowi owej techniki udało się przypalić kilka włosów z jej długiej fryzury. A to oznacza że jeszcze troche i ściąłbym i głowę. Jednak nie mogłem sobie pozwolić nawet na chwilę odpoczynku. Od razu wytworzyłem drugi na lewej dłoni i ruszyłem spróbować czy uda mi się nimi zdziałać coś więcej. Tym razem zmuszona była do wykonywania uników przed moimi obrotowymi i chaotycznymi atakami niestandardową techniką. W pewnym momencie zdołałem trafić ją w rękę i wywołać na niej niezbyt poważne obrażenie, po poruszając się wyżej schowałem szpony i użyłem pozostałej Ki którą w nie zawarłem do wypuszczenia Kiaiho ofensyfnego, które posłało dziewczyne kilka metrów w dół, a nie cisnęło głęboko w ziemię jak się spodziewałem. Jednak sam fakt że ją to poruszyło sprawiał iż satysfakcja rosła. Ponownie uaktywniłem czarną aurę i wzniosłem rękę w górę.

W następnej chwili wystrzeliły z niej tysiące pocisków które najpierw leciały kilka metrów w górę poczym zawracały naprowadzane na czerwonowłosą. Szybko zalały one cały teren który wytworzyłem i nie było jak się od nich ukryć, prawdziwy grad pocisków ki który robił coraz to większy rozpierdziel. Kurzu było coraz więcej aż około połowa wysokości strefy netheru była pochłonięta przez pył, wtedy też zaprzestałem wystrzeliwania pocisków. Następnie wytworzyłem dimension hole o średnicy 30cm aby w szybkim tempie pozbyć się zasłony dymnej. Po kilkunastu sekundach było już całkiem widocznie, i mogłem ujrzeć naszą królewnę która nie wyglądała na szczególnie uszkodzoną. Najwyżej miała kilka zadrapań. To oznacza że muszę dać z siebie więcej. Zbliżyłem się powoli na odległość 5 metrów przed nią, po czym "teleportowałem" się za jej plecy by wykonać cios łokciem. Nie skończyło się to dobrze. To jej łokieć trafił w mój brzuch. Trafił tak mocno że pancerz który na nim miałem został skruszony na tynk, a ja zgiąłem się w pół. Następnie dostałem w łeb, co zrobiło wgłębienie na moim pancerzu na czaszce, i pchnęło mnie do tyłu jakieś dwa metry. Tak mocnej siły kinetycznej na swoim ciele nie czułem od czasu walki z Razielem na drugim stadium złotowłosej przemiany. Jest o wiele silniejsza. Następny cios miał paść prosto na moją twarz, lecz w porę otworzyłem paszczę i wyzionąłem dziesięć procent mojej ki w postaci płomienia z ki. Po kilku sekundach jednak i to nie wystarczyło by zatrzymać jej cios, i poleciałem w dół, brutalnie uderzając kręgosłupem o glebę tworząc całkiem duży krater.

-...długo....tego...nie wytrzymam...
Powiedziałem powoli wstając z krateru, trzęsąc się cały z bycia obolałym. Dosłownie czułem jak kilka moich kości jest na skraju złamania, na moim brzuchu nie było już pancerza a w oczach się powoli zaczynało dwoić. Ale miałem w sobie przynajmniej połowę mojej Ki. I zamierzam ją dobrze wykorzystać. Wystrzeliłem z pełną prędkością w jej kierunku, ona również poruszyła się w moją stronę. Wziąłem rękę do tyłu w celu zrobienia zamachu, lecz tuż przed momentem w którym miałbym uderzyć moją głową o jej pięść zachamowałem i wystawiłem przed siebie otwartą dłoń z której wystrzelił różowy promień zmieniający w czekoladę.
-Mam Cię!
Powiedziałem z uśmiechem. Jej sylwetka przestraszona zaczęła powoli zmieniać się w czekoladowy posąg. Szkoda tylko że był to zanzoken, a ja chwile potem poczułem solidnego kopniaka w dupsko który posłał mnie w najbliższą skałę. Mój własny pomysł został wykorzystany. Upokarzające, i to bardzo. Wykorzystałem już chyba każdy swój działający pomysł. Pomijając kilka technik podobnych do tych które już nie odniosły skutku. Została mi ostatnia karta. Moja jedyna silna technika ofensywna, którą stworzyłem sam na podstawie techniki Raziela.

Cała skała była pokruszona, a rozczarowana czerwonowłosa unosiła się mniej więcej po środku obszaru, powoli zbliżając się w moją stronę. Ciężko oddychając, zbierając ostatnie siły, wstałem na proste nogi. Ułożyłem ręce po bokach ciała tworząc figurę pentagramu. Zacząłem nisko i cicho wzdychać i wyć kumulując całą energię ze swojego ciała, powodując drżenie całego netheru, wznosząc ogromną krwawo czerwoną aurę charakterystyczną dla tej techniki. Cała nienawiść i gniew zbierała się teraz w jednym ataku w który wkładam ponad 50% swojej energii, zostawiając ostatnie zdźbła by nie paść na glebę. Następnie wcelowałem dlońmi w zbliżającą się sylwetkę widoczną zza opadającego pyłu. Kilka sekund później w dłonach mych pojawiła się niesamowicie skondendowana kula energii, z całą moją KI.
-BLOODY SUNDAY!!!
Wykrzyczałem, po czym z kuli powstał promień o ogromnej średnicy i mocy, który od razu pochłonął demonicę i wybuchł z ogromną siłą. Pierwszy raz użyłem teraz tej techniki i nie spodziewałem się tak ogromnego zniszczenia. Moc która się wydobyła była tak wielka że Nether zaczął się chwiać, i powoli zapadać się odzyskując kolory oryginalnej vegety i ukazując niebo i horyzont. Nie mogłem złapać oddechu, właściwie to ledwo stałem na nogach. Cały w otarciach, z kapiącą krwią z dłoni po wykonaniu tego ataku. Nic więcej nie miałem do zaoferowania. Walczyłem z pełną mocą, wykorzystałem wszystko czego się nauczyłem, używając w szczególności nowych ruchów zapoznanych na treningach tutaj. Dałem z siebie absolutnie wszystko i dałem wymiernik co potrafię. Moja ki była ledwo wyczuwalna z racji tego że wyrzuciłem z siebie wszystko, ale ponownie ją ukryłem na wszelki wypadek, aby nie dać się wykryć.  Podniosłem głowę, by ujrzeć kurz przeniesiony z netheru z racji anomalii, oraz stopniowo ukazującą się sylwetkę tej kobiety. Miała ona gardę. I gdy kurz całkiem opadł dało się ujrzeć iż jej przedramienia którymi przyjęła atak miały na sobie wyraźny ślad po moim ataku. Cała ona zresztą byla cala brudna od kurzu i zniszczeń jaki wyrządziła technika. Nie wiem jak silna jest, ale taka dawka Ki nie mogła przejść koło niej obojętnie. Choć zapewne to było jak zwykły ki blast od kogoś równego jej.

Powoli opadłem na jedno kolano, nie dlatego że nie dałbym rady już stać, ale z racji tego że było mi wygodniej. Dostałem naprawdę solidnie w kość mimo że bawiła się ze mną. To było śmieszne. Ciekawe jak skomentuje co właśnie uświadczyła.
-heh... Masz rację. Widać potrafię być tylko perwersem.

OOC:
Trening koniec
jak mi wyszło? Smile
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Sro Cze 29, 2016 10:12 pm
Zaangażowanie, które pokazał demon było zadziwiające dla kobiety. Spodziewała się, że jest mocny tylko w gębie. Spotykała już wielu takich kolesi, którzy mieli całkiem niezłą bajerę, a jak przyszło co do czego to nie dali wytrwać nawet pierwszej rundy. Tak się chwalili jacy to oni nie są, a na końcu okazywało się, że jest to tylko mały, smutny korniszonek. W każdej strefie. No cóż. Nie wszyscy byli tacy sami, ale chyba można czegoś wymagać od demonów i facetów? Czasami myślała, że ich faceci rodzą się z wielkimi pokładami agresji, lecz z kompletnym brakiem mózgu. Oczywiście istniało kilka odstępstw od reguły, jednak była to tak mała liczba, że aż szkoda gadać. Dlatego też była ciekawa co pokaże jej ten demon, który jak na razie potrafił się drzeć jak stare prześcieradło. Jednakże kiedy tylko rozpoczęło się starcie to mogła dostrzec tą zmianę. Stał się o wiele bardziej poważny i jakby to ująć, zaczął używać mózgu. Narzucił szybkie tempo, od samego początku używając pełnej mocy. Była całkiem spora i kobieta mogła się lekko zadziwić. No, ale w dalszym ciągu oboje pozostawali dla siebie niewiadomymi. Ona zaś nie miała zamiaru przegrać co doskonale mu zobrazowała poprzez uniknięcie większości jego ataków i przeprowadzenie własnej ofensywy, która ostatecznie skończyła się tym, że demon posłał w nią falę całej swojej mocy. Była silna, trzeba to przyznać, ale niedostatecznie. Ostatecznie cała walka skończyła się całkiem niezłym efektem.
Kobieta strzepnęła brud z bluzki i poprawiła koszulę, która się trochę uszkodziła podczas walki, przez co jej atrybuty, były lepiej widoczne. Uśmiechnęła się lekko do demona.
- Oj przesadzasz. Nie było tak źle. – rzekła, a następnie za pomocą swojej energii uleczyła demona i przywróciła mu część mocy. Nie było to dla niej zbyt ciężkie. Poza tym potrzebowała go przytomnego. Usiadła obok niego i kolejnym gestem wyczarowała coś do picia. Spodziewała się o wiele mniej. Nawet ją zaskoczył.
- Pokazałeś, że coś umiesz, choć potrzebujesz poprawy. Masz ciekawą strategię walki, a właściwie brak strategii, jednakże to jest twój atut. No i ten wymiar. Nieźle. Jednakże jeśli nie zaczniesz się samodoskonalić to przegrasz z kimś, kto cię zmiecie. Dla przykładu mieszkańcy tej planety posiadają coś czego przeważnie brakuje osobnikom z naszej rasy. Mowa tu o chęci samodoskonalenia i rzucaniu sobie wyzwań. Dlatego też mogą być tak potężni. Walczyłam z kilkoma i mogę powiedzieć, że potrafią dać w kość. A ty? Walczyłeś z kimś na poważnie, czy też bawiłeś się w dokuczanie słabszym? – zapytała tajemnicza dama biorąc łyk chłodnego napoju i wbijając swoje spojrzenie w Dragota. Jej zranienia powoli zanikały, jednakże ubiór pozostawał ten sam.

OOC:
Ładnie poszło. Masz chłodny napój w nagrodę.

______________________


avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Pią Lip 01, 2016 6:03 pm
Z trudem łapałem oddech, a po twarzy spływał mi pot. To w pewnym sensie nagroda sama w sobie, pokazuje że dałem z siebie wszystko. A to jest niewiele gorsze od zwycięstwa. Choć może to tylko wymówka przegrywów życiowych którzy nic nie osiągnęli. Czas pokaże. Podniosłem powoli głowę i uświadczyłem już mniej rozczarowany wyraz twarzy na demonicy. Poczułem ogromną ulgę gdy mnie uleczyła. Taki start z grubej rury jest efektywny, ale kosztowny. Toteż musiałbym się dość długo regenerować.
Wow, usłyszałem nawet pochwałę. Nie spodziewałem się zrobić na niej większego wrażenia, tym bardziej patrząc na to jak wyprowadzenie efektywnego ciosu było niemal niemożliwe. Może myślała że podczas walki jeden tak samo beztroski i bezmyślny jak poza nią? Wówczas ja również byłbym sobą rozczarowany. Ale wtedy nie ma miejsca na żarty i szpagaty. Staję się wtedy zupełnie inną istotą. Czasem walcząc z mózgiem, a czasem oddając się instynktowi. Ale niezależnie od stylu i postawy, wykorzystuję każdą okazję.

Kobita po chwili pokazała że nie składa się z samej urody i wpier**lu. Potrafi się też ciekawie wypowiedzieć. Musi mieć dużo doświadczenia.Gdy koło mnie usiadła poczułem trochę większą więź z tą osobą. W końcu jest tej samej rasy. Podała mi nawet jakiś dziwny, chłodny napój. Ściągnęła ode mnie picie ze wszystkimi latte. No ale nie mogłem odmówić. Na jej pytanie odpowiedziałem:
-Pomiędzy treningami nie znajduję czasu na dokuczanie słabszym. Nie bez powodu tu jestem. Mój dom jest na Ziemi. Zostałem tutaj po rebelii by oddać się właśnie temu o czym mówisz. Samodoskonaleniu. Arogancją nic nie osiągnę. Wskoczyłem do morza związany i z obciążeniem, gdyż wolę być martwy niż słaby. A co do Saiyanów. Walczyłem z paroma tutaj, i z jednym na Ziemi. Nie znam groźniejszego wroga. Stawiają mi poprzeczkę bardzo wysoko. Dlatego zostałem, by ćwiczyć skakanie całymi dniami.  

Powiedziałem wciąż lekko zmęczonym głosem, lecz już bardziej spokojnym i inteligentnym niż wcześniej. Używając metafor jak to mam w zwyczaju by lepiej zobrazować swoje myśli. Następnie wypiłem duszkiem resztę napoju, trochę się nim oblewając, ale nie ruszyło mnie to. Często mi się to zdarzało. Mam trochę inną budowę szczęki niż człowiek, wiec nie powinno to nikogo dziwić.
-No i co  teraz? Po twojej minie wnioskuję ze nie planujesz się teraz oddalić i pochwalić w pubie jak to faceci za tobą latają jeszcze bardziej po zmianie pięciolatkę?  
OOC:
Tym razem krótko, bo dzień upalny, i nie było dużo do napisania.
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Pon Lip 04, 2016 10:10 pm
Kobieta uśmiechnęła się lekko do demona, który najwidoczniej potrafił używać swojego mózgu. Przynajmniej miał coś pomiędzy uszami, a nie tylko miejsce, gdzie wiatr mógł hulać. Spotkała już wielu mężczyzn, którzy używali tylko mięśni i drugiego mózgu, a kobiety uważali za zdobycz. Przeważnie ich spryt, pewność siebie i gadka kończyły się, kiedy demonica łapała ich za jaja i pozakazywała swoją ostrzejszą stronę. Jednakże teraz jakoś nie musiała się obawiać o to. Ten demon choć zachowywał się głupkowato i zupełnie bez sensu to potrafił pokazać odrobinę porządnego zachowania i szacunku do przeciwnika. Był nawet w porządku. Przynajmniej dopóki nie zacznie się do niej bezczelnie podwalać. Choć nie wyglądał na takiego. Był świrem, ale chyba miał jakieś zasady i kompas moralny. Uszkodzony, ale zawsze. Jednak im dłużej go słuchała tym zdobywał jej większy szacunek. Jej twarz zostawała w dalszym ciągu nieprzenikniona. Niech nie myśli, że jej czymś zaimponował.
- Mówisz o tym? – rzuciła, a następnie pstryknęła palcami. W jednej sekundzie z dorosłej kobiety, stała się małym dzieckiem, by następnie zostać nastolatką i ponownie wrócić do swojej zwykłej formy.
- Nie. Aż tak źle ze mną nie jest Dragocie. Po prostu chciałam sprawdzić czy pójdziesz za mną, czy też jesteś dupkiem. Równie dobrze mogłeś się okazać jakimś zbolem, ale z takim bym sobie radę dała. Jednakże zauważyłam, że masz spore braki. W ogóle potrafisz zrobić tak? – powiedziała Demonica i w następnej chwili jej ręka wydłużyła się na około dwa metry. Zupełnie jakby ktoś zrobił ją z gumy. Po kilku chwilach ręka wróciła do normalności, a rudowłosa uśmiechnęła się kokieteryjnie.
- Pokaż na co cię stać. Jak uda ci się poprawnie powtórzyć mój wyczyn to dostaniesz nagrodę. Może nawet dam ci całusa. – powiedziała kobieta i zniknęła. Jej głos doszedł z wysokiej skały, na której siedziała z założonymi nogami i uważnie wpatrywała się w demona.
- Przy okazji. Jestem Saia.


OOC:
Drag możesz się nauczyć MYSTIC ATTACK
Opisujesz mi ładnie jak się starasz. Możesz zagadywać do koleżanki. Liczę na ładny post, który zapewne otrzymam.

______________________


avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Wto Lip 05, 2016 7:37 pm
Ten dzień zaczął się tak samo jak wszystkie inne. Koniec treningu tuż przed świtem, pobudka tuż po świcie, i trening z przerwami miał trwać ponownie do tuż przed świtem. Jednak tym razem monotonię szlag trafił. Gdyby parę dni temu ktoś by mi powiedział że zaczepi mnie pięciolatka która w rzeczywistości jest laską 10/10 która potrafi mi skopać dupę i nawet się przy tym nie spocić, a w dodatku jej zachowanie co chwila sugeruje że jesteśmy kolegami i że chce mnie zgwałcić na śmierć dokładnie gdzie teraz stoję. Kurka wodna, ja to jednak jestem czasami rozpieszczany przez życie. Co prawda przez 90% jego długości jestem traktowany jak murzyn, ale warto czekać na takie chwile jak ta teraz.

Typiara widocznie lubiła chwalić się tym swoim skillem zmiany postaci. Też tak niby potrafię, ale nie zmieniłbym się w pięciolatkę. Po pierwsze bo nie dałbym rady się tak zmniejszyć, a po drugie bo nie lubię być gwałcony. Z jej następnych słów wywnioskowałem że użyła tej postaci by zobaczyć czy nie jestem dupkiem. Well, słyszałem że najwięksi psychopaci potrafili być najmilszymi ludźmi. Więc jeszcze się pewnie nie raz zawiedzie. Ale whatever, nie zostałem na Vegecie by zaczynać do silniejszych od sieb.... Dobra nieważne. W następnej chwili wypowiedziała wyjątkowo prawdziwe zdanie. Mam braki. I to duże, szczególnie w technikach walki. Mimo sporego arsenału, większość to nieskuteczny szajs. Brakuje mi naprawdę ciężkich dział. I to co ona mi pokazała wyjątkowo mnie zaciekawiło. Rozciągnąć tak swoje ciało, i porządnie tak zaatakować?

-Hmmm. A to ciekawe.
Powiedziałem będąc wyraźnie pod wrażeniem. Ta technika wydaje się tak podstawowa jak tylko się wydaje, a jednak nigdy nie przyszło mi się jej nauczyć. Zdarzało mi się rozciągać, ale traciłem przy tym całą siłę przebicia, i moje ciało po przejściu w stan płynny nie dałoby rady nikomu zaszkodzić. Nauczenie się tej techniki byłoby pierwszym krokiem do wzniesienia się poziom wyżej. Osiągnięcia celu pozostania na tej nieprzyjaznej, obcej ziemi. Tak więc lada chwila przystępuję do treningu.

-Aż tak się nie musisz poświęcać. To nie gra w pytanie/wyzwanie.
Powiedziałem z charakterystycznym mojej osobie beztroskim uśmieszkiem. Rozumiem jakby chciała zablokować swoim ciałem śmiertelny dla mnie pocisk energetyczny, oddać swoją duszę w niewolę, ale by pocałować takiego brzydala jak ja? Cholerka. Chyba trafiłem na równie niestabilną psychicznie istotę co ja. Istotę która wreszcie mi się przedstawiła.
-Miło Cię poznać Saia.
Powiedziałem tak trochę odruchowo, po czym wstałem, i poszedłem kilka metrów dalej w bardziej puste miejsce bardziej pasujące do ćwiczeń. I już miałem zaczynać, gdy moje myśli zaczęły skupiać się na jej ostatnich słowach...  
-Przy okazji... Jeśli mogę spytać... Skąd znasz moje imię? I to że jestem arcydemonem?
Powiedziałem odwracając się powoli w jej kierunku, z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Mogła o mnie od kogoś usłyszeć, to fakt. A co jeśli pod zmienioną postacią już mnie kiedyś spotkała? Czas pokaże. Jak na Razie muszę przyjąć do wiadomości że nie chce mnie zabić. Zacząłem się mocno koncentrować...
OOC:
Trening Start
avatar
Burzum
Goat
Liczba postów : 515
Data rejestracji : 05/06/2013

Skąd : Warszawa

Identification Number
Punkty Życia:
0/0  (0/0)
Punkty Pancerza:
0/0  (0/0)
Tokeny Ki:

Re: Wioska Kuro

on Czw Lip 07, 2016 10:04 pm
Skupmy się. Nie myślmy o tym że gdy otworzę oczy to mogę ujrzeć ją obok nagą z pejczem. Muszę ustalić sobie cel i znaleźć sposób by go osiągnąć. Muszę rozciągnąć swoje ciało, i zachować jego twardość. Plus umieć za pomocą tego rozciągnięcia wytworzyć taką siłę kinetyczną by móc użyć tej techniki w charakterze dewastującego ciosu. Gdyby ktoś postawił takie zadanie przede mną z przed paru miesięcy, zaniemówiłbym. Ale po długich treningach zarówno w zakresie walki w zwarciu jak i energetycznych pocisków, będę w stanie opanować to w miarę szybko. Skoncentrowany otworzyłem oczy i podjąłem pierwszą próbę. Podniosłem powoli rękę, po czym powoli przekształciłem w stan płynny i rozciągnąłem. Na tym etapie nie zrobiłem jeszcze niczego odkrywczego. Potem napiąłem wszystkie mięśnie i z pomocą Ki spróbowałem tą rozciągniętą kończynę utwardzić. Rezultat był... ciekawy. Srebrzysta półprzezroczysta kończyna lekko błysnęła drgając, by następnie stworzyć swoisty szkielet wewnątrz siebie z twardszej już tkanki. Po krótkim teście dowiedziałem się że mogę nią sterować, ale jej bojowe właściwości wciąż nie istnieją. Muszę spróbować jeszcze raz. Przekształciłem kończynę z powrotem do normalnego kształtu.

Przez chwilę czułem się nieco niezręcznie czując na sobie wzrok Saji. Zawsze jak dotąd ćwiczyłem sam jeśli tylko mogłem. Nie można w końcu śpieszyć się z rozpracowaniem techniki bo wówczas nie będzie ona tak stabilna i skuteczna. Każdy musi trenować w swoim zakresie i mam gdzieś czy wystarczająco podczas tego napinam muskuły i czy komuś zaimponuje moja nauka. Zerknąłem na nią na chwilę po czym powróciłem do treningu.
-Wdech.....Wydech...
Wyszeptałem rozluźniając się przed kolejną próbą. Najpierw muszę opanować samą zdolność utwardzania rozciągniętych kończyn, a dopiero potem wykorzystywanie tego do zadania ciosu. Ponownie rozciągnąłem prawą rękę do długości około dwóch metrów, i mocno ją napiąłem. Tym razem poszło znacznie lepiej. Wiedziałem już mniej więcej jak to zrobić, ręka prawie w całości dopasowała się do reszty mojego ciała twardością i wyglądem, miała jednak kilka cieńszych obszarów i dziur. Cios taką ręką nie zadałby zbyt wielkich szkód. Ale postęp jest. Pozostaje tylko doszlifować tą technikę. Na szczęście nie jest ona zbyt kosztowna. I mógłbym jej używać wielokrotnie. I to też zrobiłem. Przez następne kilka minut wydłużona ręka była coraz to bardziej pozbawiona wad. Pierwszy krok za mną.

Spojrzałem na głaz wielkości człowieka parę metrów przede mną. Wręcz prosi się o wypróbowanie na nim tej techniki. Wdech, wydech, garda.... I....
-hyaaaa
Wydałem z siebie wysoki dźwięk jednocześnie rozciągając swoją atakującą rękę w opanowany wcześniej sposób, ostatecznie rozłupując wspomnianą wcześniej skałę w drobny mak. No dobrze. W tak duży cel to każdy by trafił. Mimo że już osiągnąłem to co oczekiwała ode mnie Saia, to jednak nie dla niej tu przyleciałem i nie dla niej ćwiczę. A więc znalazłem inny głaz, i telekinezą podzieliłem go na 5 mniejszych, a następnie cisnąłem na 30 metrów w górę. Wyostrzyłem zmysły na tyle że byłem w stanie podać ich przybliżoną pozycje na podstawie ruchów powietrza. Lecz dopiero co opanowałem tą technikę i to ledwo. Może lekko przesadziłem z tym testem, ale stawiam sobie wysoko poprzeczkę. Po chwili rozciągnąłem obydwa ramiona. By trafić tak ruchome cele musiałem naprawdę się zesrać... nie dosłownie ale utwardzanie rozciąganych tkanek jest dla mnie wciąż wymagające i teraz musiałem to robić NAPRAWDĘ szybko. Jednak dwa większe głazy zostały rozbite przez rozciągnięte ręce. Jednak zostały jeszcze 3 które był już na wysokości 15 metrów więc musiałem szybko coś wykombinować. Zawróciłem rozciągnięte kończyny i od góry pozbyłem się pozostałych dwóch. Został jeden. I za cholerę do niego nie dosięgnę. Musiałem coś szybko wymyślić. I przypomniało mi się że mam jeszcze piątą kończynę.... nie tak to miało brzmieć. Ostatni fragment głazu dopadłem gdy był 2 metry nad Ziemią za pomocą rozciągniętego ogona. Jednak nie rozbiłem go. Nadziałem go, gdyż zrozumiałem że mogę połączyć zmianę kształtu z rozciąganiem, zaostrzając końcówkę ogona niczym pal.

-heh.......eh.....Chyba to opanowałem. Jak mi poszło?
Powiedziałem nieco zdyszany po wyczerpującym treningu nowej techniki, zakończonym lekką modyfikacją jej. Teraz jeśli przeciwnik będzie wystarczająco osłabiony powinienem dać radę miast wyprowadzenia ciosu go przeciąć. Po chwili podleciałem bliżej do nowej znajomej i usiadłem obok, coby nie musieć się z nią przekrzykiwać.
OOC:
Trening Koniec
avatar
NPC.
Liczba postów : 2445
Data rejestracji : 29/05/2012

http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm

Re: Wioska Kuro

on Pon Lip 11, 2016 8:50 pm
Kobieta uśmiechnęła się, kiedy demona ochoczo ruszył do wypełniania ćwiczenia. Właściwie to nawet nie musiała mu kazać, gdyż jego energia aż rwała się do roboty. Ambicji mu nie można było odmówić.
- A to. Powiedzmy, że umiem znaleźć informacje na temat, który mnie interesuje. Jak w dalszym ciągu będziesz interesujący to kto wie, może ci powiem. – powiedziała Saia w typowo kobiecy sposób. Zaciekawić, równocześnie nic nie mówiąc. Dragot niech nawet nie próbuje jej zrozumieć, gdyż to zajęłoby mu całe lata, a nawet milenia. Podobno ktoś kiedyś dokonał tej rzeczy, ale to tylko legenda. Teraz zaś demon trenował pod czujnym okiem demonicy. Ta w dalszym ciągu nie zmieniała pozycji, jedynie lekko pochyliła się do przodu, żeby mieć lepszy widok. Szło mu całkiem nieźle, choć miał sporo do nauki. Niektóre błędy były strasznie rażące i widać było, że nikt go nigdy nie uczył. Choć jeśli był samoukiem to naprawdę miał talent. Ostatecznie udało mu się opanować technikę na swój sposób. Każdy miał inny sposób wykonywania tego.
- Niezgorzej. Może coś z ciebie będzie. – powiedziała i ponownie spojrzała na demona tymi wielkimi brązowymi oczami. – Pytałeś skąd cię znam. Cóż słyszałam o takim pewnym demonie tu i tam. Po za tym mówiła mi o tobie moja znajoma, a ty ponoć pomagałeś Saiyanom w obalaniu króla. Dostałeś coś za to, czy tylko pogłaskali po głowie i kopnęli w dupę? Niektórzy naprawdę nie umieją walczyć o swoje.
Po tych słowach zeskoczyła ze skały i opadła lekko na piach.
- Ktoś cię kiedyś trenował, czy jesteś samoukiem? I coś taki milczący? Ty nie masz żadnych pytań? Ja bym się zdziwiła, gdyby jakiś demon przyszedł i zaproponował mi pomoc. – rzuciła Saia z lekkim uśmiechem na twarzy.

______________________


Sponsored content

Re: Wioska Kuro

Powrót do góry
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach

Copyright ©️ 2012 - 2018 dbng.forumpl.net.
Dragon Ball and All Respective Names are Trademark of Bird Studio/Shueisha, Fuji TV and Akira Toriyama.
Theme by June & Reito