Dragon Ball New Generation Reborn


Dragon Ball New Generation ©

 
IndeksGalleryFAQRejestracjaZaloguj
Menu

Share | 
 

 Szpital Miejski

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
NPC.

avatar

Liczba postów : 1830
Data rejestracji : 29/05/2012


PisanieTemat: Szpital Miejski   Czw Lis 07, 2013 6:19 pm

.

______________________


Powrót do góry Go down
http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm
Vulfila
Nashi
Nashi
avatar

Liczba postów : 492
Data rejestracji : 23/07/2013

Skąd : Kraków

SCOUTER
HP:
2167/10620  (2167/10620)
Ki:
10692/17415  (10692/17415)
HP Pancerza:
1100/1100  (1100/1100)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Pią Lis 22, 2013 11:38 am

Dokładnie tak, jak mówiła nieznajoma saiyanka, nieopodal znajdował się wielki kompleks szpitalny. Wyglądał zupełnie inaczej niż ludzkie placówki. Przede wszystkim główną i największą jego część stanowił oddział ratunkowy. Trudno się dziwić przy temperamencie saiyan. Inne oddziały zajmowały mniejsze budynki, ale tam nie było takiego ruchu, a biorąc pod uwagę styl życia mieszkańców planety, nie korzystano z nich zbyt często.

Wokół szpitala był spory ruch tego dnia. Karetki podjeżdżały i wyjeżdżały co chwilę, a przed wejściem tłoczyło się sporo ogoniastych. Vulfila zniżyła lot, żeby móc wejść głównym wejściem. Nikogo nie dziwił tutaj widok krwi ani poranionych osób, więc kiedy halfka przekroczyła próg, niewiele osób zwróciło na nią uwagę. Wokoło kręciło się sporo lekarzy w kitlach lub ratowników w czerwonych strojach oddziału ratunkowego. Kiedy zobaczyli Eve w tragicznym stanie, nie mówiąc nic podsunęli ruchome nosze, na których ułożyli ranną, żeby zabrać ją czy to na stół operacyjny czy do komory regeneracyjnej.

- Przed akademią... Dzieje się masakra.- wydukała z siebie Vulfila. Ratownicy przyjęli to do wiadomości i oświadczyli, że poślą pomoc dla innych poszkodowanych. Tymczasem zabrali Eve gdzieś wgłąb korytarza, gdzie miano się nią zaopiekować.

Vulfila nie wiedziała, co z sobą począć. Była zmęczona, poraniona, przerażona i dogłębnie smutna. Pokręciła się bez celu w poczekalni jakiś czas. Nie wiedziała, czy powinna zostać, żeby upewnić się, jaki jest stan Eve, czy uciekać, a może udać się gdzieś... tylko gdzie? I po co? Wszystko to przytłoczyło ją do tego stopnia, że usiadła ciężko na ławce w poczekalni. Przez chwilę chciała pomyśleć o tym, co powinna dalej robić, ale nagle zrobiło jej się znów słabo. Taki z niej marny wojownik. Usiadła na ławce, lecz poczuła silne zawroty głowy, więc ułożyła się na boku, a potem przymknęła oczy tylko na chwilkę...


Vulfila leżała w błocie, cała umorusana i upokorzona. Nie mogła wstać, choć próbowała. Jakaś siła nie pozwalała jej na najmniejszy ruch, a zresztą nawet jakiekolwiek drgnięcie przyprawiało o silny ból. A nad nią sterczał jaszczur. Zwalisty potwór z szatańskim wyrazem twarzy. Podszedł bliżej, co drugi krok uderzając ogonem w podłoże i wzniecając kurz, a potem przycisnął jej korpus do ziemi trójpalczastą łapą. Halfka krzyknęła, a z jej oczy trysnęły gorzkie łzy.

- Jesteś słaba.- mówił, a jego słowa roznosiły się echem po okolicy- Jesteś słaba, wiesz dlaczego taka jesteś? Jesteś słaba...- powtarzał do znudzenia, aż Vulfila nie miała sił nawet na jeden ruch. Leżała, poddana jego woli.- Brak ci nienawiści. Jesteś słaba.- kontynuował, a potem odsunął się, zdjął łapę z jej pleców, żeby opleść jej szyję swoim grubym ogonem. Uniósł dziewczynę w górę. Zaczął bić bezlitośnie po twarzy.- Jesteś słaba!- śmiał się w głos, robiąc z nią co tylko chciał i szczerząc się szeroko. Teraz dopiero wyglądał jak z piekła rodem, z oczami przycienionymi i wyszczerzonymi zębami.- Jesteś słaba!- ryczał ze śmiechu, jakby rzucił najlepszy dowcip świata.- JESTEŚ SŁABA!- krzyknął, działając halfce coraz bardziej na nerwy, ale... tak, miał rację. Była słaba, nie mogła nic zrobić. Zaczęła się dusić... dusić... A on ściskał jeszcze mocniej... go granic... Półsaiyanka wierzgała nogami i próbowała wyswobodzić się na wszystkie sposoby. Wbiła paznokcie bezskutecznie w jego ogon, ale ten zaciskał się z każdą chwilą mocniej, jakby chciał przebić szyję. Dusiła sie, brakowało jej oddechu... "POMOCY!", chciała krzyknąć, ale głos wiązł w gardle, a wokoło nie było nikogo, kto dbał by o to, czy zginie, czy nie. Z nikąd pojawił się Hazard, ale wpatrywał się w scene z równą ekscytacją co jaszczur. Potem znalazł się Raziel, ale biegał wokoło i jakby nie widząc tragedii szukał Eve. Następnie zjawił się Colin, ale założył ręce na piersi i z dezaprobatą pomachał głową na prawo i lewo. Nagle z ciemności wybiegł Koszarowy. Zmarszczył brwi, a żyły na jego mięśniach pulsowały. Zrobił zniesmaczoną minę, po czym rzekł :

- Jest słaba. Brak jej nienawiści...

- Słaba!- zawtórował Colin.

- Sła- ba! Sła- ba! Sła- ba!- zaczął skandował Hazard, a zaraz za nim wszyscy wokoło, tworząc zgrany chór. SŁA-BA!



Nagle ocknęła się z czołem zlanym potem i dysząc ociężale. Nad nią stała pielęgniarka, która od razu przypomniała jej o pani pielęgniarce w akademii, jedynej sympatycznej osobie do tej pory, którą spotkała na tej przeklętej planecie. Jak Vulfila tęskniła za domem, za ojcem...
Kobieta oświadczyła, że Vulfila może zajrzeć do rannej koleżanki, ale widząc jej marny stan stwierdziła, że najpierw powinna pójść pod prysznic i coś zjeść w stołówce. Tak też zrobiła. Poprowadzona przez saiyankę do dość obskurnej łazienki, wzięła jeden ze szpitalnych ręczników oraz mydło i szampon. Odkręciła kurek z wodą, czekając chwilę, aż poleci cieplejsza. Potem rozebrała się drżąco... Całe ciało ją bolało. Wkroczyła do brodzika i pozwoliła wodzie spływać jej z głowy we wszystkie strony, nawet po twarzy i uszach. Działała tak kojąco... choć niestety tylko fizycznie. Halfka namydliła włosy i przemyła twarz wodą kilkakrotnie, chcąc ochłonąć po ciężkim dniu i kolejnym koszmarze. "Jesteś słaba..." Te słowa tak bardzo utkwiły jej w pamięci i dołowały jeszcze bardziej...

Po kąpieli ubrała się znów w stare ubrania i udała się do zatłoczonej stołówki szpitalnej. W kolejce nikt nie chciał jej zaczepiać, widząc zbolałą minę i gotowość do wszystkiego. Vulfila otrzymała proste danie saiyańskie oraz kompot. Zasiadła na rogu jednego z zajętych stolików i przegrzebała widelcem jedzenie, aż w końcu je zjadła. Dzięki temu nabrała sił.

Po tych czynnościach Vulfila udała się do wskazanego pomieszczenia, gdzie w komorze regeneracyjnej leżała pozszywana operacyjnie Eve. Halfka podeszła bliżej do okienka i spojrzała w głąb, gdzie w płynie leczniczym pływała skulona i naga koleżanka. W miejscu klatki piersiowej miała sporą bliznę z szwami, ale wyglądała już mniej blado.

- Przyjaciółka, siostra?- zapytała lekarka. Vulfila skrzywiła usta. Ani przyjaciółka ani siostra. Obca osoba, dla której halfka niemal zginęła.

- Przyjaciółka.- odpowiedziała, żeby nie wprowadzać lekarki w konsternację.- Jak jej stan?- zapytała bezbarwnie.

- Jest w bardzo ciężkim stanie. Jeszcze żyje, ale nie ma gwarancji, że uda jej sie to przetrwać. Trzeba mieć nadzieję.- powiedziała, po czym położyła Vulfili rękę na ramieniu i wyszła, pozostawiając ją samotnie.

Vulfila była przemęczona. W głowie wciąż kołowały jej się myśli odnośnie tego, co powiedziała jej spotkana przed szpitalem saiyanka. W kieszeni też miała wciąż fiolkę z lekiem. W głowie kotłowały jej się wszelakie myśli dotyczące Hazarda i Frosta. Zastanawiała się też, czy powinna zostać przy Eve. Czy może będzie jej jeszcze potrzebowała. Ale z drugiej strony... Vulfila jest słaba... Tak, jak to słyszała wielokrotnie w koszmarze. Jest słaba, nie ma w sobie nienawiści, nie ma w sobie energii. Co mogłaby zrobić, gdyby znowu spotkała jaszczura na swojej drodze? Ponownie musiałaby walczyć bezradnie o życie swoje i jej... To nie ma najmniejszego sensu, nie, dopóki nie zwiększy swojej mocy.

Nagle szpital zatrząsł się w posadach, a na głowę Vulfili posypało się trochę tynku z sufitu. Zaskoczona nie czekała długo. Pobiegła ile sił w nogach do wyjścia, a kiedy znalazła się już na zewnątrz, wzniosła się w górę, żeby zobaczyć to, co właśnie następowało... Pół miasta runęło... Więc już tutaj dotarli. Co robić? Zabierać Eve? Nawet w komorze regeneracyjnej jest w zbyt słabym stanie, by się szybko zregenerować... Zostać tutaj? Żeby umrzeć od kolejnego uderzenia?

Vulfila zacisnęła pięści... Syknęła głośno... Poczuła się w tej chwili taka samotna i bezbronna... Nie wiedziała, co ma robić... Całkiem jak dziecko, które oddaliło się od matki. Rozejrzała sie wokoło. Wszędzie pogorzelisko, panika. Dopiero po chwili zauważyła w oddali skupisko skalne. Niewiele myśląc udała się w tamtym kierunku

Trening Start
Do: Skalny las


______________________

Jak cycki będą tego warte to i koń i krowa i nawet żyrafę się znajdzie
Reito


Vulfi przyszła Imperatorowa

Rogata Vulfila:
Powrót do góry Go down
Thina

avatar

Liczba postów : 612
Data rejestracji : 17/02/2013

Skąd : Lębork

SCOUTER
HP:
10950/10950  (10950/10950)
Ki:
11250/11250  (11250/11250)
HP Pancerza:
500/500  (500/500)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Nie Gru 29, 2013 9:40 pm

Do niczego się nie przydamy… Dziwne słowa. Prawdziwe, a jednocześnie nie. Jasne było, że ze swoim poziomem mocy Vivian nie jest w stanie pomóc w walce z Królem Tsufuli. Trzęsła się ze strachu, złości, niemocy, ale musiała pogodzić z tym, że nic nie zrobi. Teraz Kuro miał zająć się Katsu i mogła mieć tylko nadzieje, że mu się uda. W tej walce nie ma dla niej miejsca. Ale, wcześniej coś udało się jej zrobić, prawda? Pokonała Changa, uratowała parę istnień wśród zdemolowanego miasta. Pomijając beznadziejne poczucie winy, że dopuściła do jego wybuchu… Może lepiej nie popadać w depresje? To nikomu nie pomoże, a zwłaszcza jej.
Rzuciła spojrzenie na Pole, uniosła dwa palce i razem z Razielem zasalutowała. Następnie Ósemka zarzuciła martwe ciało Vernila na ramię i wzbiła się do lotu, lecąc obok rannego kadeta. Krew wciąż sączyła się z ran i robił wszystko by nie pokazać grymasu bólu. Wiedziała, że nie ma sensu by oferować pomoc… Najwyraźniej miał wystarczającą ilość sił by lecieć samemu i prędzej by się jej dostało za coś takiego. Heh. Osobiście też by tak zareagowała.
Ciało Vernila ciążyło jej na barkach, ale nic nie powiedziała. Nie wiedziała czemu je ze sobą zabrała. Żal mieszał się z gniewem gdy myślała o brązowowłosym kadecie, ale nie mogłaby pogodzić się z myślą, że jego ciało zostanie gdzieś porzucone na Polach. Lub co gorsza w czasie walki rozsypie się w proch, spalone atakiem energetycznym. A jeśli o energii mowa… Wyczuła gdzieś za sobą April. Jej Ki wybuchła złotą aurą, w duchu dziewczyna musiała się smutno uśmiechnąć. Czemu przemiany Saiyanów potrzebują gniewu, złości czy rozpaczy? W jej przypadku było nie lepiej, bo skupiła się na nienawiści. Najpodlejszym uczuciu, które skierowała sama na siebie. O ironio…
Raziel milczał. Kadetka chciała powiedzieć, że to nie jego wina… Kogo ona oszukuje, tak oklepany tekst nie podziała. Nie wiedziała co się wydarzyło, mogła tylko rozmyślać nad scenariuszem który doprowadził do śmierci jednego z kadetów. Raziel widział jego śmierć. To musi boleć bardziej, mieć świadomość, że może mogło, może była szansa by coś zrobić ale… Nie udało się. Sic. Sam widok zakrwawionego chłopaka sprawił, że Vivian przeczuwała co będzie straszyło ją po nocach. Najpierw walka w Koszarach, teraz całe te walki z Tsufulem, nikt nie dbał o psychikę kadetów, którzy zamiast bić się na śmierć i życie powinni dopiero uczyć się jak porządnie walczyć. Sesja u psychologa jest nieunikniona w najbliższej przyszłości, tylko, kogo to tak naprawdę będzie obchodzić?
Lecieli chwilę w milczeniu, które musiała w końcu przerwać.
- Wyczułam to. – Zabrzmiało głupio, Vivian pokręciła lekko głową. – Ci którzy przybyli zamierzają pokonać Tsufula. Są bardzo silni i wierzę, że dadzą radę, ale ja nie o tym… Jest sposób by wyczuwać energie innych. Powiedzieli mi jak i jakoś, nie do końca sprawnie, ale wiedziałam co się wokoło dzieje. Nie można się przy tym posługiwać zmysłami, chodzi wyłącznie o Ki. Ja to odczuwam jako czyjąś obecność, ale każdy ma swój sposób nauki. Wyczuwasz poziom mocy, lokalizacje, rasę nawet nastrój. Od tego może podobno boleć głowa, ale jaką to robi różnice… O czym ja plotę? – Ostatnie zdanie wypowiedziała gorzko, zgrzytając zębami i odwracając głowę na bok. – Wyczułam to. Ki Vernila nagle znikła… Przepraszam. Przepraszam, że mnie tam nie było Raziel.
Wiatr świszczał w uszach, ale nie mogła się przemóc, by spojrzeć mu w twarz. Teraz to ją dorwały wyrzuty sumienia, złapały za gardło i wykręciły ręce. Zamiast powiedzieć co jej leży na sercu mamrocze o Ki, jakby gorączkowo szukając tematu, który nie pozwoliłby na szczerość. Nie ma co, ludzkie geny potrafią sporo namieszać w prostej logice Saiyan. Jeść, bić, spać. Osoby takiej mentalności jak Tsuful mają łatwiej pod tym względem, że nie muszą się przejmować uczuciami, ani cudzymi ani własnymi.
Ósemka prowadziła. Skupiła się na dużej liczbie Ki, która doprowadziłaby ich do najbliższego miasta i co ważniejsze szpitala, bo Raziel robił się coraz bledszy z upływu krwi. Mimo tego pozostawał niezwykle przytomny, do tego stopnia, że cichym głosem zaproponował rozmowę. Było kilka faktów i rzeczy, jakie musieli ujednolicić, zanim staną w progach Akademii…
Lot trwał dłuższą chwilę, by nie przeciążać chłopaka Vivian starała się lecieć wolniej. Dopóki nie zobaczyli budynków miasta dziewczyna nie pozwoliła sobie na westchnięcie ulgi. Wyglądało na to, że parę walk odbyło się i tu, ale nic co rozwalałoby całe budynki czy dzielnice. Ludzi też było dużo, panował lekki chaos i nikt nie zwrócił uwagi na trójkę kierującą się w stronę szpitala. Rannych za to było jeszcze więcej, pielęgniarki uwijały się po najbliższych ulicach. Ktoś płakał, ktoś krzyczał. Mały, potulny Armagedon w stylu Vegety.
Gdy lądowali, Raziel westchnął cicho i Vivian musiała doskoczyć, ratując go przed nawiązaniem bliskiego kontaktu z podłożem. Nogi odmówiły kadetowi posłuszeństwo, a wzrok zamglił niebezpiecznie. Dziewczyna złapała go mocno pod mniej uszkodzone ramie, a gdy otwierał usta, spojrzenie jej stwardniało.
- Ani słowa, bo zawlokę Cię tam, ciągnąc za ogon. – Ucięła krótko stalowym tonem i pociągnęła w kierunku drzwi.
W środku był tłok. To był też cios dla nowopoznanej techniki Vivian. Ogromna ilość Ki w tak jednym miejscu odbijała się echem po jej głowie. Słabsze energie, takie Ki dochodzące do zdrowia i takie powoli, acz nieubłaganie gasnące. Nic tylko upaść pod ich naporem, ale musiała stać twardo. Pozwoliła sobie jedynie położyć pod ścianą ciało Vernila. Jemu już raczej nikt nie pomoże, ale Raziel wymagał fachowej opieki medycznej. Chwyciła chłopaka delikatnie za ramiona, nie chcąc bardziej urazić zadrapań i zwróciła do przebiegającej obok kobiety z tacą pełną strzykawek.
- Przepraszam… – Nie zdążyła dokończyć prośby, bo ta kompletnie ją zignorowała i znikła za zakrętem.
Pacjentów było dużo a personelu szpitala niewiele mniej. Kilku nawet omiotło wzrokiem brudną i okrwawioną od stóp do głów parę kadetów. Vivian spróbowała nawiązać rozmowę z jeszcze dwoma pielęgniarkami, ale te odbąknęły coś o masie rannych i straciła je z oczu nim zdążyła zaoponować. Wiadomo, że kadetów traktuje się jak kaczki do odstrzału, ale pacjent to pacjent… W taki sposób prędzej Raziel dołączy do Vernila z powodu ran, niż się ktoś nim zainteresuje. Z nią jest jeszcze nie zgorzej. Gdyby tylko mogła oddać mu jakąś część zdrowia… I jak na zawołanie przypomniała się Vivian scena w której Kuro pochylał się nad Redem. Działała bardziej instynktownie niż podążając instrukcjami. Odsunęła lekko dłoń od chłopaka, chcąc uformować w niej odrobinę swojej energii. Zamiast jednak kazać jej wybuchnąć, dotknęła nią kadeta, a kula wtopiła się w jego ciało. W tym samym momencie pod Vivian również ugięły się nogi i poczuła się odrobine słabiej. Zacisnęła zęby, nie dając pod sobie wiele poznać.
- Potrzebujemy pomocy. – Zwróciła się twardo do mijającego ich lekarza w okrwawionym fartuchu.
Ten łypnął na nich niechętnie, mruknął coś o zabieganiu i oddalił się lekkim truchtem. Vivian poczuła naprężającą się małą żyłkę na czole.
- Dość. – Warknęła nagle.
Uniosła rękę i uderzyła pięścią w ścianę. Posypał się tynk, huk poszedł echem po długim korytarzu. Ktoś pisnął, drzwi otworzyły się i wyjrzały zza nich obandażowane głosy pacjentów oraz zdumieni lekarze. Vivian miała spojrzenie pod tytułem Nie zadzieraj, bo skończysz marnie.
- Jeśli nikt nie ma zamiaru pomóc, to wystarczyło pokazać nam drzwi. Czy ktoś raczy zająć się rannym, czy osobiście mam pójść poszukać wolnego lekarza? – Nie krzyczała. Mówiła bardzo spokojnie i to musiało ich przestraszyć. – Potrzebujemy pomocy. Proszę. Inaczej komuś stanie się krzywda.
Ktoś odchrząknął i Vivian odwróciła się z trudem. Przed nimi stał mężczyzna z dziwacznie wygoloną fryzurą w białym kitlu i scouterze na uchu. Spojrzał na kadetów z góry, na co Ósemka odpowiedziała wzrokiem nie mniej upartym. Wtedy jakby złagodniał i zwrócił wzrok na zakrwawionego chłopaka.
- Już się państwem zajmę. Wystarczyła chwila cierpliwości, przeprowadzałem operację. – Wycierał czerwone dłonie o ręcznik i patrzył na nich z wyczekującym zaciekawieniem.
- Chwila może kosztować życie. – Wypaliła kwaśno Vivian i szybko wskazała Raziela. – On jest w gorszym stanie, ja mogę poczekać. Operacja, komora, cokolwiek. Nie sprzeciwiaj się. – Rzuciła do półprzytomnego chłopaka. – Raziel Zahne, kadet… Proszę.

OOC
---> Oddanie 5000HP/2 ---> 2500HP dla Raziela
---> + 10% KI
Powrót do góry Go down
Raziel
Księciuniu Admin
Księciuniu Admin
avatar

Liczba postów : 859
Data rejestracji : 19/03/2013

Skąd : Rzeszów

SCOUTER
HP:
10800/15000  (10800/15000)
Ki:
12672/14400  (12672/14400)
HP Pancerza:
0/0  (0/0)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Wto Gru 31, 2013 10:08 am

Ból. Nieodłączny towarzysz każdego wojownika. To właśnie mieli robić jako kadeci. Umieć przetrzymać nawet najgorsze katusze. Jednak to było tylko założenie teoretyczne. Tak samo jak to, że wstępując do Akademii wszystko jest dokładnie zaplanowane. Kadeci uczą się walczyć pod okiem trenerów, którzy wyjaśniają im po kolei popełnione błędy i starają się poprawić ich, by w przyszłości stanowili elitę dumnej Saiyańskiej armii. Prawda, że pięknie to wszystko brzmi? Szkoda tylko, że w praktyce było zupełnie inaczej. Kadet w mniemaniu nauczycieli, Koszarowego i reszty armii o randze od Nashi wzwyż był traktowany jak glista. Był tylko zwykłym ścierwem, które można, a nawet trzeba zgnoić i pokazać mu, że nie przedstawia żadnej wartości. Wymagano od nich szacunku, żadnego nie okazując. Akademia. Raczej gnojowisko. Jeśli kadet nie jest totalny bydlakiem, albo nie okazuje uczuć ma szansę na przetrwanie. Reszta zostaje prędzej czy później pożarta.
Raziel wpatrywał się w przestrzeń podczas lotu. Nie czuł już bólu, które pochodziło z lewego ramienia. Nie czuł już z nim związanego. Tylko krew, która po nim płynęła i spadała gdzieś w dół. Pomimo tego, że był mocno rany to nie pozwolił sobie pomóc. Skoro jeszcze mógł lecieć o własnych siłach to Vivan nie musiała go ciągnąć. Saiyańska duma. Taka sama w obliczu śmierci jak i w obliczu pomocy od osoby, która przeżyła podobne piekło. Dzisiaj zmieniło się wiele. Ta dwójka już nigdy nie będzie taka sama. Jednak to wydarzenie sprawi, że staną się sobie bliżsi. No bo co bardziej zbliża ludzi, w tym wypadku Saiyan, niż walka z rządnym krwi psycholem. Spojrzał na Vivian, która niosła zmasakrowane ciało Vernila. Los też jej nie oszczędzał. Widać było świeże zranienia i siniaki. Dziewczyna też oberwała podczas walki z zainfekowanym Changelingiem. Kurwa, to było nawet zabawne. Trójka kadetów, walczyła o przyszłość tej planety. Kadetów, którzy znaczyli mniej niż śmieci. Zaś gdzie podziewała się elita wojsk? Gdzie ten Koszarowy, który nigdy nie mógł sobie odpuścić gnojenia śnieżaków? Nie było ich. Spieprzyli. Jednak młody Zahne czuł, że kiedy cała afera z tym zawszonym Tsufulem się zakończy, to trenerzy wylezą ze swoich nor. A co się stanie z pozostałą dwójką. Najpewniej poniosą karę. Karę za to, że jako jedyni stawili czoła tej dzikiej i szalonej sile. Nie ma to jak wdzięczność. Jeśli nie skończy się na egzekucji to będą mieli szczęście. Choć nie. Król raczej nie posunie się do takiego kroku. Przynajmniej w stosunku do Raziela. Jego rodzina, była zbyt silna. Po za tym, Zidarock cieszył się u króla olbrzymim poważaniem. Tak, Raz mógł być bezpieczny. Co innego Vivian. Halfka, ścierwo. Bez rodziny, bez historii, bez władzy. Bez przyjaciół. Idealna ofiara. Błąd. Panna Deryth miał przyjaciół. Miała Raziela. Pomimo różnicy między nimi, to chłopak prędzej pójdzie na szubienicę niż da ją zabić. Razem walczyli i razem umrą.

Rozmyślania przerwała mu wypowiedź Vi. Mówiła coś o jakimś wyczuwania Ki. Jednak nie potrzeba było do tego skanerów. Ciekawe. Raz wcześniej już czuł jakieś odchyły. Podczas walki na Placu oraz w czasie fuzji. Jednak nie wiedział  z czym ma do czynienia. Jeśli jednak by opanował tą technikę to mógłby wyczuwać innych wojowników, a nawet skutecznie bronić się przed tymi, którzy stosują te pieprzone iluzje.
- Nie przepraszaj Vivian. Ty wywiązałaś się doskonale. To my… Ja spieprzyłem. Byłem zbyt słaby. Nie mieliśmy szans. To ja cały czas denerwowałem Katsu. Chciałem, żeby to na mnie skupił swoją uwagę. Wtedy Vernil mógłby odlecieć. Ja nie dałbym rady. Spójrz na mnie. Ledwo się poruszam. Nie ma co. Dumny Saiyański wojownik. – powiedział ironicznie po czy zaczął kasłać krwią. Było jej więcej niż na Polu. Nie zwiastowało to niczego dobrego. – Przy okazji. trzeba ustalić jakąś wersję wydarzeń. Bo coś czuję, że jak się ta cała farsa skończy to zaczną nas maglować. A jak mamy już wisieć to chcę wiedzieć za co.
Powoli ustalali co się stało od chwili pojawienia się tajemniczego osobnika na Placu przed Akademią, aż do momentu wylądowania młodzian w szpitalu. W międzyczasie syn Aryenne oglądał olbrzymie zniszczenia poczynione przez Króla Tsufuli. Zacisnął prawą pięść. Wiedział, że nic już nie poradzi, ale śmierć tylu tysięcy istnień nie była w porządku. Oni nic nie zawinili temu psychopacie. Krew niczym szkarłatne łzy spadała na gruzy. Nic więcej.
Gdy wreszcie udało im się wylądować przy szpitalu, który jakimś cudem stał nienaruszony młody Zahne zachwiał się. Gdyby nie pomoc Vivian, najpewniej zaliczyłby szybką randkę z podłożem. Najwidoczniej stracił więcej krwi niż się spodziewał. Już otwierał usta by powiedzieć, że da sobie radę, gdy spotulniał pod wzrokiem blondynki.
- Tia. Jeszcze mi go wyrwiesz i kolejna rana do kolekcji. – powiedział dając sobie pomóc i wchodząc do pomieszczenia. Przy okazji zostawiał za sobą smugę krwi. Nie ma co. Sprzątacze na pewno będą zachwyceni.
W środku panował taki ruch, jakby rzucili ciepłe bułeczki. Teraz siedemnastolatek mógł zobaczyć ilu rannych zostało w trakcie ataku. W głównej mierze cywile. Zaś pośrodku tego całego burdelu oni. Poranieni kadeci, którzy ledwo trzymają się życia. Popatrzył zamglonym wzrokiem po przechodzący w te i we te pielęgniarkach. Żadna się nawet nie zatrzymała, żeby sprawdzić co z nimi. Zupełnie jakby nie istnieli. W zasadzie tak było. Byli tylko marnymi kadetami, więc po co sobie zawracać głowę mięsem armatnim. Dwa świeżaki w tę czy w tamtą nikomu nie robiły różnicy. Kolejni do odstrzelenia. Jednak Vivan nie pozwalała na to, żeby ich ignorowali. Cały czas próbowała zwrócić na nich uwagę. Niestety bezskutecznie. Raziel po raz kolejny zaczął krztusić się krwią. „Cholera, jak ta dalej tak będzie darła się, to już mogę sobie szykować mogiłkę.” pomyślał. Lecz po chwili stało się coś dziwnego. Poczuł swoiste ciepło rozchodzące się po całym jego ciele. Nagle zaczął lepiej oddychać i widzieć. Mgła ustąpiła, lecz ból w lewej ręce wrócił. Popatrzył na Vivian, która jakoś dziwnie oklapła.
- Coś ty zrobiła dziewczyno? Coś ty zrobiła? –zapytał cicho zielonooki. Jednak nie dane mu było usłyszeć odpowiedź, bo panna Deryth zaczęła uderzać pięścią w ścianę, sprawiając, że do otaczającej ich powłoki z pyłu i krwi, doszedł jeszcze tynk. Na nieszczęście blondynka zapomniała o tym, że w dalszym ciągu asekuruje ciemnowłosego chłopaka, który ledwo się trzymał. Przynajmniej jej interwencja się na coś przydała.
Kiedy towarzyszka Raziela odwróciła się w stronę głosu, oczom młodego Zahne ukazał się wysoki Saiyanin w białym kitlu i skanerze. Ocierał ręce z krwi, równocześnie patrząc na dwójkę kadetów.
- Podaj jeszcze im mój numer buta. – warknął syn Aryenne. Nie wiedział dlaczego był wredny. Może powodowane to było coraz większym ubytkiem krwi. Cholera wie. Ważne było to, że kiedy doktor usłyszał personalia siedemnastolatka spojrzał na niego badawczym okiem.
- Rozumiem. Siostro! – powiedział, po czym zatrzymał najbliższą pielęgniarkę. – Natychmiast przygotujcie Salę Operacyjną i przyślijcie wózek po tego chłopaka. Zaraz się zjawię.
Doktor już chciał się oddalić, kiedy doskoczył do niego jeden z Natto, którzy pilnowali porządku.
- Doktorku. Co ty kombinujesz? Mam całą masę rannych żołnierzy, którzy zostali poparzeni. To im powinieneś pomóc, a nie jakimś byle kadetom. – powiedział ciemnowłosy wojownik, patrząc się z obrzydzeniem na Vi i Raza, jakby nie byli warci lizać mu butów. Szmaragdowooki już chciał odszczeknąć się żołnierzykowi, który był w doskonałej formie i zapewne nie widział Tsufula, nawet z daleka, lecz został ubiegnięty przez lekarza.
- Po pierwsze, to Panie Ordynatorze. Po drugie, to twoi towarzysze zostali już dawno opatrzeni, a ich stan nie był nawet ciężki. Odnieśli delikatne rany. Zaś ten chłopak może tu zaraz umrzeć, jeśli go nie zoperuje. – odparł Saiyanin, patrząc się Natto w oczy.
- Przecież to zwykły kadet. Nic wielkiego. – odparł lekceważącym tonem wojownik.
- Może i kadet, ale jednak pacjent. Zaś przysięga lekarska każe mi pomagać każdemu. Nie ważne czy jest to kadet, czy też sam Król. Ponadto, jeśli ten chłopak przez ciebie teraz umrze, to ty przekażesz Zidarackowi Zahne wiadomość o śmierci jego syna. – powiedział uśmiechając się, na widok blednącego rozmówcy.
- T…t…to s…syn Zidarocka Zahne’a? Tego Zahne’a? – zapytał trzęsącym się głosem koleś.
- Tak tego. Jak i syn Aryenne Zahne. A teraz z drogi, bo się mi tu pacjent wykrwawi. – powiedział ordynator odpychając mężczyznę i kładąc Raziela na wózku. Po chwili zniknął Vivian i Natto z oczu, za drzwiami.

Doktor otarł pot z czoła. Operacja trwała już dość długą chwilę. Sam nie mógł się nadziwić jak ten chłopak zdołał przeżyć tyle czasu. Z takimi obrażeniami. Rany cięte zostały szybko zszyte, jednak najgorsze okazały się połamane kości i krwotok wewnętrzny. Okazało się, ze chłopak ma przebite płuco, krwawienie ze śledziony i odłamki kości wbite w inne organy, które cudem ominęły serce. Lekarz mógłby przysiąc, że każdy normalny Saiyanin już by umarł. Jednak nie ten dzieciak. Miał w sobie tą samą wolę walki co jego matka i ojciec. Identyczną.
- No dobrze, możemy go zszywać i kończyć. Zatamowaliśmy krwotok oraz usunęliśmy fragmenty kości. Pobyt w komorze powinien mu pomóc do reszty. – rzekł doktor uśmiechając się delikatnie. Młodzieniec był silny. Operacja przeszła dobrze, jednak bał się o jego lewą rękę. Była mocno poszatkowana. Cudem było, że nerwy nie zostały uszkodzone. Chłopak miał szczęście.
- Panie doktorze, tracimy go! – krzyknęła pielęgniarka, zaś ordynator zaklął siarczyście. Jak już zaczyna się układać to nie wolno za żadne skarby, pomyśleć, że będzie dobrze. Bo wtedy wszystko idzie w cholerę. W jednej sekundzie puls chłopaka zwolnił, by w kolejnej zniknąć.
- Przynieście sprzęt do reanimacji! – krzyknął lekarz zaczynając masaż serca. Wkładał w to wszystkie siły jakie mu zostały. Nie może przegrać tej walki. Nie może. Już raz się spóźnił i nie zdążył pomóc jego siostrze. Durne kilka sekund zadecydowało. Więc teraz nie straci jej syna, nie straci go. Jest jej to winien.

Po chwili, która dla Vi mogła wydać się wiecznością, blondynka zobaczyła wychodzącego z Sali Operacyjnej lekarza, który natychmiast podszedł do niej.
- W trakcie operacji nastąpiło kilka komplikacji. Mianowicie jego serce przestało pracować. – powiedział grobowym głosem.- Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy i… udało nam się przywrócić pracę serca. – w tej samej sekundzie, Ósemka mogła dostrzec jak z Sali wyjeżdża łóżko z Razielem. – O tym co dalej zdecydują kolejne minuty. Za chwilę możesz pójść do swojego chłopaka.
Po tych słowach ordynator poklepał dziewczynę po ramieniu i odszedł do swojego gabinetu. Musiał chwilę odpocząć. Udało się wprawdzie uratować tego dzieciaka, lecz ważniejszą sprawą było to czy się wybudzi.

Occ:
Koniec treningu.
Leczenie przyjmuję.
10% reg. HP i KI.
Raz nieprzytomny. Vi możesz iść do chłopaka Very Happy

______________________

Powrót do góry Go down
http://[url=http://pokelife.pl/pokemon.php?p=8345286]Zobacz moje
Thina

avatar

Liczba postów : 612
Data rejestracji : 17/02/2013

Skąd : Lębork

SCOUTER
HP:
10950/10950  (10950/10950)
Ki:
11250/11250  (11250/11250)
HP Pancerza:
500/500  (500/500)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Sro Sty 01, 2014 9:00 pm

Kadeci naprawdę mają pod górkę. Nie dość, że są traktowani jak ostatnie ścierwa, to jeszcze klasyfikuje się ich jako niższy gatunek. Wyglądało na to, że nie tylko w Akademii stanowili pierwszy łańcuch ogniwa pokarmowego. Vivian musiała tak stać podpierając Raziela i jeżąc się na widok wrogich spojrzeń w ich stronę. Ze zniecierpliwienia zaciskała zęby, na całe szczęście, bo na czubku języka pojawiło się parę zjadliwych słów mogących nieopacznie zostać wypowiedzianych. Fartem Doktor spojrzał na rannego kadeta z niejakim zainteresowaniem. Była szansa, że nie sczeźnie od ran.
- Mogłam dorzucić jeszcze numer bokserek, ale nie chciałam Cię peszyć. – Odbiła piłeczkę Ósemka. Irytowała ją organizacja szpitala i jeszcze chłopak uparł się na to by pyszczyć. Nie teraz, nie w tej chwili gdy w każdym momencie może osunąć się nieprzytomny na zakrwawioną podłogę…
Raziel słabł. Czuła, że leci jej z rąk.
Vivian gryzła się w język, słysząc wtrącającego się Natto. Mierzyła go spojrzeniem spod łba, hamując złość. Miała swoje priorytety i zdecydowanie wśród nich nie było użerania się z pawianami. Facet był okazem zdrowia w porównaniu do zataczającej się dwójki a wyraz jego oczu mówił, że najchętniej dobił by ich na miejscu. Albo lepiej wywlekł przed szpital jak najdalej, by nie skażali swoją obecnością tych samych metrów sześciennych powietrza. Dziewczyna czuła jak robi się jej gorąco i z trudem powstrzymywała się by nie warknąć. W końcu nie wytrzymała. Nic wielkiego!?
- Nie przestaje się być żołnierzem z powodu ran odniesionych na bitwie. – Powiedziała spokojnie, choć ze źle skrywaną złością.
Natto zmierzył ją dziwnym spojrzeniem i zaraz potem zbladł. Nie chodziło bynajmniej o wypowiedź Ósemki, to Ordynator sprawił, że mężczyzna wyglądał jakby schodził na zawał. I jej uwagę przykuła nagła zmiana. Zidarock Zahne. Jakaś szycha, niechybnie elita... Skoro matka Raziela była Kiui, w dodatku dowodziła osławioną Siedemnastką, to ojciec musiał zajmować niezgorszą pozycję. To nazwisko musi być znane, ale ktoś taki jak trzeciorzędna halfka pewnie nawet się nie domyśla jak bardzo. A Axdra mówił, by nie zadawać się z dzieciakami elity. Smarkacze są rozpuszczone, mordercze i pozwalają sobie na wiele, ponieważ wysoko postawieni rodzicie chronią reputacje rodów.
Trafił się wyjątek.
Vivian asekurowała Raziela, dopóki pielęgniarka nie przyprowadziła wózka. W tej samej chwili chłopak odpłynął, a w oczach dziewczyny pojawił się cień strachu. Doktor położył rannego na wózku i w obstawie złożonej z pielęgniarek ruszył w stronę bloku operacyjnego. Ostatnie co widziała halfka nim drzwi się zamknęły, była krzątanina wokoło nieprzytomnego Raziela.
Gdyby nie to, że Natto wciąż stał obok, to oparłaby się o ścianę, tak słabo się jej zrobiło. Teraz tylko objęła się ramionami i zadrżała. Bolało, cholera, bolało.
- Kto go tak urządził? – Zapytał podejrzliwie wojownik, siląc się na neutralny ton. Tatuś Raziela musi mieć poważanie, skoro nagle wygrzeczniał.
Ósemka podniosła na mężczyznę ciężkie spojrzenie. W jednym miejscu jego zbroja była skruszona i pokryta sadzą, a ramię oplatał cienki bandaż. Nic więcej. Nie czuła już złości, ale niedowierzenie. Ktoś, kto odniósł lekkie rany rozczula się nad sobą w szpitalu, podczas gdy ciężko ranni starają się przetrwać na polu bitwy. Brak słów.
- Na pewno nie ten, kto wam rączki poparzył. – Wycedziła przez zęby.
Natto odburknął coś, przetrawiając wciąż niedawno usłyszaną informację. Może dlatego dziewczyna uniknęła ochrzanu. Odeszła, pałętając po korytarzu jak duch, nie mogąc sobie znaleźć miejsca i co chwila spoglądając na drzwi za którymi zniknął Ordynator oraz lekarska asysta.
Raziel nie giń.
Vivian chodziła jak struta, kuśtykając od ściany do ściany. Cały świat się najwyraźniej uparł, by szarpać jej i tak porządnie zszargane, co prawda ostatnio zaleczone nerwy. Sprawa Tsufula, Hazard wciąż był pod jego wpływem i na Polu Bitwy tkwiło kilka Ki, które zamierzała bacznie obserwować. Chciała wierzyć, że sobie poradzą. W przeciwnym wypadu, to, czego doświadczyli do tej pory odkąd Trenerzy kazali się im zebrać w Koszarach to będzie dopiero przedsmak piekła. Migrena wróciła, tym razem spowodowana ilością i rodzajem energii, które Vi wyczuwała jak radar. Znienawidziła uczucie, które zaciskało jej trzewia w żelaznej obręczy, gdy wysondowała niknące Ki. W mieście, gdzie pomagała uratować niedobitków po wybuchu pojawiło się kilka silnych energii, najprawdopodobniej pomoc. Śpieszyli się, nie ma co…
- Kochanie? Przyniosłaś go ze sobą, czy tak? – Głos drobnej pielęgniarki zwrócił się do Ósemki.
Kobieta w białym uniformie wskazała na Vernila, którego mężczyzna z opaską ze znakiem szpitala kładł właśnie na wózku. Z bijącym sercem Vivian podeszła do nich, patrząc jak układają zmasakrowane ciało kadeta. Bolało. Zdołała tylko skinąć głową. Pielęgniarka położyła jej dłoń na ramieniu i zwróciła się łagodnie do dziewczyny.
- Rozumiem, że go znałaś. To straszne, gdy umierają tak młodo… Mogłabyś podać mi jego dane? Trzeba zawiadomić rodzinę.
- Vernil, nazwiska… Nie znam. Był kadetem… Chyba. Ta zbroja… Nie wiem. Znam tylko jego imię.- Spuściła głowę. Zabolało ją to, że o osobie, której śmierć tak ją dotknęła, nie wie praktycznie nic. Cholera. Jeszcze brakowałoby tego, by się poryczała.
Z całej siły hamowała drżenie i zbierające się pod powiekami łzy. Twarz przybrała butny wyraz, za nic nie chcąc pokazać rozpaczy i cierpienia. To też cholernie boli, gdy próbujesz być dzielnym w chwili, gdy żywcem kroją twoje serce. Pielęgniarka powiedziała coś do mężczyzny i Vivian zrozumiała tylko tyle, że zabierają ciało do kostnicy. Zdążyła tylko musnąć dłonią zimne czoło, nim zabrali Vernila.  Jeden w kostnicy, drugi na stole operacyjnym. Szlag by trafił.
Kobieta ujęła nagle rozdygotaną kadetkę pod ramię i pociągnęła w kierunku jednego z pokoi. Pomimo tłoku i zapracowania w szpitalu znalazła chwilę, którą zamierzała poświęcić przewrażliwionej dziewczynie. Ta nie ruszyła się nawet o milimetr.
- Nie mogę… – Zawahała się, spoglądając wyczekująco na drzwi sali operacyjnej. Gdzieś obok wisiał zegar… Dziesięć minut?! Dałaby głowę, że minęła godzina.
- Jest w dobrych rękach kochanie. Ja tylko rzucę okiem na twoją nogę i ramię. Inaczej zakrwawiasz nam podłogę. – Już bez żadnych niedomówień wprowadziła Ósemkę do pokoju i posadziła na kozetce za parawanem.
Vivian nigdy w swoim życiu nie czuła się tak żałośnie, a wygląd tylko to podkreślał. Chuda, drobna kadetka w za dużej bluzce, boso na dodatek, od stóp do głów umazana skrzepniętą posoką i pyłem. Rana od pazurów Changa na ramieniu po raz kolejny otworzyła się podczas lotu i krew wolno spływała po materiale, miarowo kapiąc z rąbka ubrania. Nie wspominając o dreszczach, które tak pilnie dziewczyna starała się ukryć przed światem. Usta na przemian były bez wyrazu, to ściśnięte w linijkę, spojrzenie raz puste zabarwiało się odcieniem smutku i bólu, by znów stać się wyłącznie brązowymi lusterkami. Ta nieudana walka z szargającymi dziewczynę emocjami była gorsza od bitwy z Tsufulem. I patrząc na tę rozpaczliwie starającą się nie rozpłakać dziewczynę, pojawia się pytanie…
Czy tak wygląda dzielny wojownik, przyszła chluba Akademii Wojskowej Nowej Vegety?
Bez słowa poddała się zabiegom, pozwalając zmyć kurz ze zranionych miejsc. Pielęgniarka niezwykle delikatnie zdjęła prowizoryczny bandaż Kuro i na nowo opatrzyła dziurę na udzie. Kazała zdjąć rękawiczki, pocmokała nad popękanymi paznokciami, nakładając na nie cienkie plastry. Cały czas próbowała nawiązać rozmowę, ale Vivian oprócz podania podstawowych danych milczała jak zaklęta. Odwróciła dziewczynę, unosząc bluzkę i badając na wpół zaleczone cięcia.
- Ajajajajaj… – Kobieta dotknęła krwawiących miejsc wacikiem nasączonym w ostro pachnącej miksturze. – Przykro mi to mówić kochanie, ale te rany ciągle się otwierały zanim zdążyły się porządnie zasklepić. Zrobię co mogę, ale zostaną blizny, przez pół pleców i na lewym ramieniu do łokcia… Nie wygląda to paskudnie, ale takie blizny u takiej dziewczyny…
- Żołnierz bez blizny, to prawie jak nie żołnierz. Tylko kiecka z odsłoniętymi plecami odpada. – Kącik ust halfki powędrował w górę, choć wyraz oczu się nie zmienił. – Nienawidzę sukienek. – Dokończyła ciszej.
Chwilę później naciągnęła bluzę z powrotem na obandażowany grzbiet, bowiem jak wytłumaczyła jej kobieta, nie mają już kitlów, ani niczego, co mogliby użyczyć rannym. Chcąc nie chcąc Ósemka musiała się przemęczyć chodząc w przesiąkniętym krwią ubraniu. W nieco lepszej kondycji wyszła podpierać ścianę na korytarzu, naprzeciwko wiadomych drzwi.
Ki Raziela znajdowała się w tej sali, ale to raz wzrastała odrobinę, to malała, że ostatecznie dziewczyna nie wiedziała czego się spodziewać. Ktoś rzucił ki-blastem w zegar, więc nie wiedziała ile czasu minęło. Strasznie się jej dłużyło, ale tu przecież chodziło o czyjeś życie... Mogła tylko zaciskać pięści i uspokajać emocje, które przywoływały mdłości, nawet gdy nieruchomo stojąc wtapiała się w ścianę.
Odgłos otwieranych drzwi zabrzmiał jak wystrzał. Nim zdążyła coś powiedzieć, Ordynator podszedł do Ósemki. Kitel plamiła świeża krew a twarz zdradzała oznaki zmęczenia.
- W trakcie operacji nastąpiło kilka komplikacji. Mianowicie jego serce przestało pracować. – Powiedział grobowym głosem, a Vi chwiejnie zrobiła krok do tyłu, szukając podpory ściany. I Raziel zginął…
- Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy i… Udało nam się przywrócić pracę serca.
Mężczyzna jakby nie widział szoku na twarzy Ósemki  kontynuował dalej. Za jego plecami pojawił się wózek z nieprzytomnym chłopakiem, a dziewczyna odetchnęła głęboko, łapiąc z trudem powietrze. Przez chwilę nie mogła oddychać.
- Pan ma sumienie… Tak straszyć? – Wymamrotała omijając Ordynatora. – I nie jestem jego dziewczyną.
Pielęgniarka pchała łóżko z Razielem tak szybko, że Vivian z trudem dotrzymywała kroku. W plątaninie korytarzy weszły do mniejszego pomieszczenia. W rogu leżał już jeden pacjent, równie starannie zapakowany w bandaże co mumia. Kobieta ustawiła łóżko, sprawdziła aparaturę lekarską i omiotła Ósemkę uważnym spojrzeniem
- Skoro nie jest twoim chłopakiem, to kim? Przyjacielem? – W głosie tej pielęgniarki wyczuwalna była lekka kpina podszyta kąśliwością.
- Przyjacielem. – Odparła bez namysłu.
-Tylko przyjacielem?
- przyjacielem.
Kobieta wzruszyła ramionami i opuściła salę. Dziewczyna została sama w pomieszczeniu z dwoma nieprzytomnymi osobami. Dwie Ki jednocześnie słabe, ale wyraźne. Vivian podeszła do pierwszego łóżka, wpatrując się w Raziela. Gołą klatkę piersiową zdobiły szwy, w żywe ciało wbito mnóstwo igieł. Chłopaka okablowano, pozszywano, podłączono do specjalistycznej aparatury i obandażowano. W tym, że żyje upewniała pikająca aparatura i pojawiające się obłoczki na masce na ustach. Trzeba poczekać aż się obudzi… Jeśli się obudzi.
Ósemka ostrożnie wzięła dłoń Raziela i uścisnęła delikatnie. Nachyliła lekko głowę w jego stronę.
- Masz z tego wyjść, rozumiesz? – Szepnęła. – Masz żyć, masz być Raziel. Zabiję Cię jeśli się nie ockniesz.
Głos miała pusty. Nie potrafiła przelać w niego nadziei, udało się jej skryć tylko negatywne emocje i w efekcie ton był suchy jak stos wiórów. Odsunęła się od chłopaka wciąż patrząc na niego spod przymrużonych powiek. Gula w gardle rosła i nie wiedzieć czemu Vivian zaczęła się cofać, będąc wciąż zwrócona przodem do kadeta. Nie chciała uciec, to było odruchowe… Bo kto nie chciałby uwolnić się od ciężaru na barkach i wszystkich zmartwień?
Niemal wpadła na drugie łóżko. Odskoczyła jakby w panice, że zrobi pacjentowi krzywdę. Osoba na drugim łóżku również została obstawiona specyficznym sprzętem, musiała przejść równie poważną operację. I nie tylko oni… Wszyscy ranni (prawie wszyscy…) przeszli ciężkie chwile o czym świadczyły poważne rany. Biedna dziewczyna…
Tak, dziewczyna. Wąska talia i biust nakryty resztką kiedyś zielonego topu oraz bandaży mówił, że Vivian ma do czynienia z osobą tej samej płci. Im dłużej się tak wpatrywała, tym bardziej marszczyła brwi. Tknięta przeczuciem, które później tłumaczyła zwykłym przypadkiem, podeszła bliżej nachylając się nad ranną. Dotknęła jej policzka. Sterczące w finezyjny sposób, może teraz nieco oklapłe, czarne włosy przykuwały wzrok, tak samo jak kolekcja kolczyków w uszach. Znała tę twarz.
- Eve?... Ty… Żyjesz… – Wyjąkała Vivian.
Dziewczyna Raziela, z którą Ósemka nawiązała nić porozumienia wtedy, przed Mordownią, a która, myślała, została zabita wraz z pozostałymi kadetami na Placu. Słyszała wściekły wrzask Raziela krzyczącego jej imię, widziała bezwładne powalane krwią ciało na brudnej ziemi. Los potrafi być złośliwy… Ordynator pytał o dziewczynę młodego Zahne i ją miał pod nosem od jakiegoś czasu. Ba, może nawet ją zoperował.
Eve żyła. Vivian zrobiło się lżej na piersi i miała ochotę się zaśmiać, przez kolejną próbę powstrzymywania łez. Tym razem dwie spadły na sterylnie białe prześcieradło, ale żaden dźwięk nie padł z ust. Kadetka odwróciła się w kierunku nieprzytomnego Raziela. On też był na Placu, był pewien, że Eve zginęła. Z tego co wyczuwała Vivian po Ki, Eve powoli dochodziła do zdrowia. Co do Raziela, jak powiedział lekarz, czas pokaże…
Miała dość. Miała naprawdę dość duszenia w sobie wszystkiego.
Jakby diabeł w nią wstąpił, podeszła do łóżka kadeta i złapała za jego bok. Dobrze, że szpitalne łoża wyposażone były w kółka oraz miały przymocowany odpowiedni sprzęt. Nic nie stało na przeszkodzie.
Przesunęła łóżko Raziela do Eve, tak, że znajdowali się tuż obok siebie. Następnie, zaciskając usta by się nie poryczeć, wzięła ich dłonie i splotła razem. Ostrożnie Vivian przesunęła nadgarstki z wbitą kroplówką, sztywne palce dziewczyny wsunęła między podrapane chłopaka. A potem swoimi dłońmi objęła je, ścisnęła gorąco, spuszczając głowę.
- Raziel, Eve żyje. Masz wrócić do cholery. – Powiedziała cicho, głosem wilgotnym od łez. – Wróć… Masz tutaj ojca, Eve, masz dla kogo wracać, więc… Błagam. Mieliśmy odkryć… Co się stało z Siedemnastką… Chociaż ty... Nie odchodź…
Nie żywiła do Raziela wielu uczuć, nie w tym sensie. Towarzysz kadeckiej niedoli. Był osobą, którą bez namysłu mogła nazwać przyjacielem – choć praktycznie niewiele o sobie wiedzieli. A fakt, że przyjaciel leży na szpitalnym łóżku, z wiszącą nad nim groźbą wiecznego snu, nie jest czymś, co chce się usłyszeć po wspólnej walce. Vivan opuściły resztki sił. Cofnęła się pod ścianę, wpadła na nią i osunęła na podłogę. Wszystko z niej chciał ujść, ale nie mogła na to pozwolić. Cały stres, przeszły, obecny, to jak dusiła w sobie niemal każdą emocję czy wątpliwość wracało pod postacią niekontrolowanych łez. Jeśli już miała ryczeć, to sama, zamknięta w kwaterze i twarzą w poduszkę, a nie… Nic nie mogła poradzić. Gołymi rękoma nie uda się zatamować wodospadu. Objęła rękami podkulone nogi, oparła czoło o kolana i zaczęła łkać.
Cicho, ledwie słyszalnie płakała, pozwalając by łzy toczyły się po policzkach. Nie wiedziała nad kim płacze, ale Kami miał ją w opiece i nie pozwolił nikomu wejść do pomieszczenia gdy wpadła w ten stan. Tak jakby ktoś wyeksponował jej najgorsze myśli, bolesne wspomnienia przemykały przez pamięć. Zmarły brat, wszystkie lata bycia popychadłem. Ci wszyscy ludzie zabici przez Tsufula, których wina polegała jedynie na tym, że żyli na tej planecie. Kadeci ginący przez to, że byli w złym miejscu o złej godzinie. Vernil, Raziel, Eve, Kuro, April, Red. Hazard opanowany przez wroga.
Gdy oczy halfki zrobiły się czerwone od płaczu, poczuła, że odzyskuje nad sobą kontrolę. Nie na darmo przez lata uczyła się panować nad emocjami. Bolało. Świadomość tego wszystkiego bolała. Gdyby ktoś zaczął dziewczynie truć o wrażliwości na pewno posłałaby go do diabłów, ale prawda była taka, że w środku dziewczyna była krucha.
Jej godne pożałowania powiedzonko, Nikt nie będzie po mnie płakał, sprowadzało się do tego, że miała odpychać ludzi, zanim się do nich przywiąże. Nie z egoistycznego faktu, że będzie boleć gdy bliski umrze… Nikomu nie życzyła tego uczucia. Śmierć Axdry, Vernila pokazało jej brutalnie jakie jest to cierpienie… A Vivian jest idiotką, więc prędzej czy później coś się jej stanie. Po co sprowadzać na kogoś taki ból?
Jednocześnie potrafiła przeczyć sama sobie, narzekając w duchu na samotność. Kontrast, same sprzeczności… Coś takiego nie powinno istnieć. I faktycznie, Ósemka czuła, że powoli spada z niej skorupa, ochronna otoczka, którą tworzyła od lat.
Vivian wsparła głowę o ścianę, celując spojrzeniem gdzieś w sufit. Łzy same płynęły, ale oprócz tego, co pojawiło się w jej głowie, w oczach odbił się delikatny cień ulgi. Zaczęła się cicho śmiać.
Gdy człowiekowi jest źle, marudzi, gdy jest bardzo źle, milczy.
A gdy beznadziejnie to się śmieje.

OOC ---> Ponad 2.5 tysiąca słów... Możecie mnie poszatkować.
---> + 10% HP
---> + 10% KI
Powrót do góry Go down
Raziel
Księciuniu Admin
Księciuniu Admin
avatar

Liczba postów : 859
Data rejestracji : 19/03/2013

Skąd : Rzeszów

SCOUTER
HP:
10800/15000  (10800/15000)
Ki:
12672/14400  (12672/14400)
HP Pancerza:
0/0  (0/0)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Czw Sty 02, 2014 10:09 pm

Miłość Ci wszystko wybaczy. Wróg wszystko odbierze. Przyjaciel we wszystkim pomoże. Śmierć jest częścią ludzkiej egzystencji, dlatego spieszmy się kochać ludzi, gdyż tak szybko odchodzą. Lecz i wtedy nie rozpaczaj po ich stracie. Łzy zachowaj dla żyjących. Umarłym oddaj szacunek.
To zawsze powtarzała jego matka. Raziel nigdy nie był na typowym pogrzebie. Zazwyczaj Saiyanie ginęli gdzieś w kosmosie, samotni i w zapomnieniu. Rodziny mogły tylko oddać hołd ich duchom. Tego właśnie Aryenne i Zidarock uczyli swojego syna od najmłodszych lat. Szacunku. Niektórzy uważali stare rody za skostniały system. Rodzinna młodego Saiyanina była zupełnie inna. Hołdowali tradycją, ale nie traktowali innych osób z pogardą. Byli grzeczni, kulturalni i tak wychowywali swojego syna. Na silnego, lecz jednocześnie inteligentnego Saiyanina. Raz często był świadkiem jak inne dzieci, których rodzice zajmowali wysokie stanowiska czuły się bezkarne. Kopanie słabszych, dokuczanie niżej urodzonym to były tylko najdelikatniejsze wybryki. Zielonooki zazwyczaj nie brał w tym udziału. Nie, żeby się bał czy coś. Najzwyczajniej w świecie nie obchodziło go to. Zabawy dla głupków, jak to często sam mawiał. Inne dzieci widziały to jednak żaden nie chciał mu się narazić. Chłopak był najsilniejszy z ich otoczenia i już szkolony przez swoich rodziców. Jednak nigdy nie pomógł prześladowanym. Mógł bez problemów nakopać tym rozpieszczonym gówniarzom jednak nie zrobił tego. Dlaczego? Do dziś nie wie.

Nie spał. Nie, żył. Istniał. Nie było ani ciała, ani środowiska. Tylko czarna, przerażająca pustka. Zaś w tej pustce on. Mały, nic nieznaczący byt. Istota równocześnie potężna, jak i równocześnie bezbronna. Wszystko to osłonięte lodową zasłoną. Idealna twierdza. Nie wiedział skąd się tutaj wziął. Nie pamiętał niczego. Nagle się obudził i już był. Wraz z nim były wspomnienia i uczucia. Wszystko to doprawione winą. Tak czuł się winny. Winny każdego uczynku, winny wszystkiego czego nie uczynił, a mógł.
Widział blondwłosą dziewczynkę kopaną przez starszych od niej chłopaków. Mała miała na sobie stare zniszczone ciuchy, zaś jej oprawcy ubrani byli w najlepsze markowe ciuchy. Na pierwszy rzut oka widać, że dzieci elity. Słyszał ich śmiech, widział łzy dziewczynki. Nie stanął by jej pomóc. Przeszedł obojętnie.
Teraz ponownie czuł na sobie wzrok blondynki. Nie było w nim smutku, czy też rozczarowania. Był tylko żal. Ciemne oczy spoglądały w głąb jego duszy. Ten wzrok pełen bólu palił go gorzej, niż ataki energetyczne Tsufula. Wypalał w nim to poczucie winy. Może nie znęcał się, ale był współwinny. Współwinny, ponieważ widział jej cierpienie, lecz jej nie pomógł. Był takim samym skurwielem jak oni.
Kolejna scena i kolejna porcja emocji trafiająca go w twarz. Wieść o śmierci matki. W jednej sekundzie wszystko na czym stał świat się zawala. Wszystko zwalnia, i jesteś tylko ty i pytanie. „Ale jak?” Nie wiedział. Jego młody umysł nie mógł ogarnąć tego wszystkiego. W jednej chwili posiadał swoją mamę, by w następnej ją stracić. Wszystko straciło znaczenie. Słońce, kwiaty, ludzie. Nic już nie było takie same. Dom stał się pusty. Pozostały w nim tylko dwa cienie, które przypominały dawnych siebie. Mężczyzna, który stracił żonę. Syn, który stracił matkę. Obaj stracili kobietę swojego życia. Mężczyzna ruszył do przodu. Chciał zastąpić dziecku stratę. Po części mu się udało. Lecz w głębi serca pozostała rana. Rana, która właśnie teraz paliła go. Smutek, zazdrość, ból. Smutek z powodu braku. Zazdrość z powodu, że inni mieli mamy. Ból, gdyż chciał odzyskać swoją. Pojedyncza łza popłynęła po policzku, by po chwili spaść w pustkę.
Po latach ból i smutek zostały przygaszone. Ogień został przysypany popiołem. Lód lekko się stopił. A wszystko to dzięki jednej osobie. Delikatnej niczym kwiaty rosnące w parku. Pięknej jak bogini. Eve. Dziewczyna szturmem zdobyła lodową fortecę, by w niej odkryć skrzynię z największym skarbem. Sercem ciemnowłosego chłopaka. I od tego mementu zaczęła się ich wspólna przygoda, która wywoływała zdziwienie wśród znajomych pary. Dwa tak zupełnie różne charaktery. Ogień i lód. Wszystko było pięknie, by zaraz potem się spieprzyć. I znów jego świat zaczął płonąć. Zaś on nie mógł z tym nic zrobić. Był zupełnie bezsilny. Bezsilny kiedy Katsu mordował jego ukochaną. Bezsilny kiedy Tsuful szydził z nich. Bezsilny kiedy Vernil został przebity energetyczną włócznią. Był bezsilny.

Uśmiechnął się do siebie. Czy to był już koniec? Po co mu wszystko? Nie lepiej odejść z tego padołu? Stracił już wszystko. Matkę, dziewczynę, przyjaciela. Wszystko. Wystarczyło tylko już odłączyć się i pozwolić słodkiej ciemności, by objęła go swymi rękoma. Nic już go tu nie trzymało. Powoli zaczął oddawać się mrokowi. Lecz nagle coś poczuł. Jakby jakieś słowa, które dochodziły z oddali. Słowa wypowiadane, przez osobę, którą znał doskonale. Pojawił się przed nim jej obraz, lecz nie mógł powiedzieć kto to? Nie pamiętał.
- Masz…dla…kogo…wracać…błagam…Chociaż ty... Nie odchodź… - mówiła blondwłosa dziewczyna o brązowych oczach. Oczach tak znanych. W jej głosie słychać było ból i cierpienie. Oraz prośbę.
Otworzył oczy i znowu coś poczuł. Delikatne płomienie życia. Płomienie, które pojawiały się i znikały. Lecz dwa bardzo silne i bardzo gorące cały czas były przy nim. Ocieplały go i szeptały.
- Wróć…wróć…wróć…wróć… - cały czas powtarzały to słowo.
Czuł ból związany z dalszą egzystencją, ale czuł też nadzieję. Wybór należał do niego.

Otworzył powoli zielone oczy. Wszystko go bolało. Od małego palca u nogi, aż po cebulki włosów. Nie wiedział gdzie jest, ani co się dzieje.
- Gdzie ja u diabła jestem? – wyszeptał i równocześnie poczuł, że coś go trzyma za prawą dłoń. Przekręcił głowę w tamtą stronę i zaniemówił. Nie to nie może być prawda. Ale jednak była. Eve. Światło jego życia. Eve, którą już pochowała. Żyła. Żyła i teraz leżała obok niego. Los bywa zarówno okrutny jak i szczodry. Już chciał coś powiedzieć, gdy usłyszał ciche łkanie. Dobiegało ono z pod okna. Puścił dłoń ciemnowłosej i spróbował się podnieść. Nie obyło się bez bólu i syku. Nie obyło się bez kilku minut, lecz ostatecznie się mu udało. Spojrzał w tamtą stronę i znowu zaniemówił. Na ziemi siedziała Vivian. Od razu rzuciły się jej czerwone, opuchnięte od płaczu oczy. Jeszcze nigdy nie widział jak tak dziewczyna poddaje się uczuciom.
- Co tam mała? Coś Ci wpadło do oka. – powiedział uśmiechając się delikatnie do dziewczyny. Zielone oczy płonęły ogniem życia.

Occ:
Reg 10% KI i HP
Post krótszy od poematu Vi, ale cóż. Very Happy

______________________

Powrót do góry Go down
http://[url=http://pokelife.pl/pokemon.php?p=8345286]Zobacz moje
NPC.

avatar

Liczba postów : 1830
Data rejestracji : 29/05/2012


PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Pią Sty 03, 2014 11:53 pm

Na korytarzu dało się słyszeć regularny tupot kilkunastu par butów. Żołnierze, tego dźwięku nie dało się pomylić z niczym innym. Jednak nie było w tym nic dziwnego, może wreszcie postanowili ruszyć swoje ogoniaste tyłki i pomóc walczącym? Nic bardziej mylnego.
Drzwi do Sali, gdzie przebywali Reaziel i Vivian otwarły się z głośnym łoskotem. Wpadło 10 żołnierzy. Dwoje stanęło przy drzwiach, a po 4 stoczyło Raziela oraz Vivian mierząc do nich Ki-Blasterrami z otwartej dłoni. Tylko kadetka potrafiła ocenić w przybliżeniu siłę przeciwników. Każdy z nich dysponował mocą co mniej dwukrotnie większą niż dziewczyna w stadium SSJ.
W zasadzie to nie byli zwykli żołnierze, to byli strażnicy. Wszyscy ubrani jednakowo z symbolami „ŻW” na ramieniu.

Za tym całym rozgardiaszem pojawił się bardzo charakterystyczny jegomość. Trener w czerwonej pelerynie, miał obandażowany prawy nadgarstek i opatrunek na policzku. Niemniej półuśmieszek nie schodził mu z twarzy.

- Jesteście aresztowani. Złamaliście rozkaz dotyczący opuszczania murów Akademii.– powiedział krótko.



Sytuacja robiła się coraz dziwniejsza. Vivian zdążyła już poznań Trenera i raczej do tej pory nie działał na jej szkodę, wręcz przeciwnie - wspierał i nauczał.

______________________


Powrót do góry Go down
http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm
Thina

avatar

Liczba postów : 612
Data rejestracji : 17/02/2013

Skąd : Lębork

SCOUTER
HP:
10950/10950  (10950/10950)
Ki:
11250/11250  (11250/11250)
HP Pancerza:
500/500  (500/500)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Sob Sty 04, 2014 5:58 pm

Wewnętrzny ból potrafi otępić do tego stopnia, że traci się kontakt z rzeczywistością. Jawa umyka, umysł przysłania mgła nierealności. Trudno zmusić się do wyostrzenia obrazu. Chociaż jeśli chodzi o Ósemkę to przytomność umysłu oraz ogarnięcie nie były jej mocną stroną. Pozwoliła wejść sobie na głowę całej palecie emocji, która nadwyrężyła jej zdrowie psychiczne. I jak tu być krytycznym? … Błąd. Krytyczna to ona była, nawet bardzo. Głównie wobec siebie.
Dziewczyna zamknęła oczy jednocześnie zaciskając zęby. Miała dość. Chciała by to wszystko się skończyło do jasnej cholery. Walka, gasnące Ki, obawa i jej własne rozterki. Czy Ósemka naprawdę jest taka płytka, że się tylko nad sobą użala? Może i ostatnio tak się rozczulała, nie mogła jednak przeboleć wrażenia, że jest słaba. Nie potrafiła pomóc rannym, nie nadawała się do walki, nie mogła nic zrobić gdy zabijano Vernila. A teraz płacze jak dziecko. Łzy wylewane nad sobą a te nad kimś mają inny posmak. Bardziej gorzki.
Cichy syk i jęki wdarł się niczym błyskawica pomiędzy jej niepewne łkanie. Ucichła nagle jakby ktoś złapał dziewczynę za gardło. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w postać Raziela. Chłopak wciąż był nakłuty igłami i obandażowany, a wolno unosił się na posłaniu. Toczył walkę ze zmęczeniem, wszak był po ciężkiej operacji, a tu… Gdy ją ujrzał, wbił w Vivian zaskoczone spojrzenie, jakby dziwiąc się, że akurat siedzi pod ścianą w tejże sali.
Żył. Raziel żył. Wrócił.
Gdyby ktoś nadstawił ucho, może usłyszałby rumor jaki wydał z siebie kamień spadający z jej serca. Ulga ukoiła i pozbyła się części bólu w piersi. Wpatrywała się bez słowa w chłopaka, dopóki Ósemka na uśmiech i delikatne dogryzienie nie parsknęła cicho śmiechem. Typowe… Raziel wiedział, że za nic nie dałaby po sobie poznać, że płacze i to bynajmniej nie z powodu dumy. Wiele ich różniło, ale jeszcze więcej łączyło – byli do siebie podobni pod paroma kluczowymi względami. Nie lubili okazywać emocji i trzymali się własnych zasad, nawet gdy gryzły się z powszechnie przyjętymi normami. Może w poprzednim życiu kiedyś się spotkali… Brązowe spojrzenie napotkało szmaragdowy płomień i z kącików oczu potoczyło się jeszcze kilka łez, które niecierpliwie halfka obtarła dłońmi.
- Ano wpadło. – Mruknęła przecierając powieki i chowając twarz w cieniu. – Pył wszędzie latał… – Wymamrotała.
Głos jej nieco drżał i oprócz nuty ulgi brzmiał zaskakująco normalnie. Tak jak wtedy gdy rozmawiali przed Mordownią. Czemu nie potrafi nad sobą zapanować w tej właśnie chwili? Gdy się boi, denerwuje, zaciska zęby i jakoś idzie, a teraz nie umie powstrzymać kilku łez. Wytarła energicznie policzki i tylko zaczerwienione powieki zdradzały, że tę twardą kadetkę dopadła chwila słabości. Nie musiała nic więcej mówić, bo i to zdradzało za wiele. Nie starczyło jej tylko sił by powiedzieć, że cieszy się z jego powrotu… Ale tego na pewno się domyślił.
Kroki.
Naprawdę nie było czasu na dalsze roztkliwianie się nad sobą. Tupot jaki rozniósł się echem po korytarzu dotarł nawet do tak oddalonego pokoju. Coś się działo. Wszystko wskazywało na to, że odgłos ciężkich buciorów nie należał do kadry Szpitala. Ósemka zdążyła chwiejnie powstać na nogi, starając się nie zwracać uwagi na rosnącą gulę w gardle. Kroki należały do żołnierzy, to bez wątpienia. Zaczęła też wyczuwać ich Ki… Drzwi otworzyły się gwałtownie i małe pomieszczenie niebezpiecznie się zaludniło.
Oniemiała dziewczyna mogła tylko przyglądać się jak zgraja uzbrojonych Saiyan wpada do pokoju. W jednej chwili czterech rosłych mężczyzn otoczyło ją, a w ich dłoniach pojawiły się pociski energetyczne. Niedobrze. Ta sama liczba obstawiła łóżko z dopiero co zoperowanym Razielem. Vivian starczyło tylko czasu na to by wymienić ukradkiem spojrzenia z chłopakiem. Kolejna para wojowników stanęła przy drzwiach pilnując wejścia, krótko mówiąc zostali obstawieni jak najgorsi kryminaliści. Kadet miał rację wspominając, że będą ich maglować… Spodziewaliby się raczej musztry i ochrzanu za coś takiego, a nie interwencji całego składu. Na Polu wciąż trwała walka. Czy nie mają lepszych rzeczy do roboty niż mierzenie ki-blastami w ledwo żywych kadetów? Jakie znaczenie ma ranny kadet w stosunku do przyszłości całej planety?
Gdy do pomieszczenia wkroczył Trener Ósemce zrobiło się nagle zimno, a potem żar wypełnił jej żyły. Przeczucie czy gra wyobraźni, nieważne, poczuła jakby została zdzielona w łeb czymś porównywalnie ciężkim co do pięści Koszarowego. Wojownik się uśmiechał, ramiona splótł na piersi i przyglądał kadetom. A potem zdradzając cel fatygi krótko powiedział o aresztowaniu, za zdawałoby się błahe wykroczenie.
Vivian mało szlag nie trafił.
W pierwszej chwili zastygła, stojąc z pochyloną głową i zaciskając pięści. Pokryte kurzem kosmyki opadały jej na twarz, zakrywając kreskę ust i ściągnięte brwi. Gdy padło oskarżenie nawet nie drgnęła, wbijając wzrok gdzieś w podłogę. Wzbierała w niej złość, którą miała nadzieję już w siebie wyciszyć. Mięśnie karku napięły się, a po ciele przebiegło kilka delikatnych iskier. Poziom mocy nieznacznie podskoczył, a strażnicy naokoło dziewczyny skupili więcej energii w dłoniach.
Rozpatrzmy sytuacje. Dwóch rannych kadetów zostało praktycznie otoczonych w pomieszczeniu szpitalnych. Dziesięciu obecnych strażników przewyższa ich swoją mocą, nie wspominając o Trenerze, który pokazywał kiedyś Ósemce trzy przemiany Saiyan. Ucieczka nie wchodzi w grę, bo po pierwsze nie ma dokąd, a po drugie nie byliby w stanie się nawet wywinąć. Prawda, że Kuro wspominał dziewczynie o ukrywaniu swojej energii, ale wątpiła by była do tego zdolna. O prowokowaniu bójki nawet nie myślała. Znajdowali się w szpitalu, a przy ich poziomie mocy coś mogłoby się stać, chociażby rykoszet pocisku trafiłby ranną Eve. Trener nie ryzykowałby czyimś życiem, ale nikt nie mógł zapewnić Vivian, że strażnicy nie przebieraliby w środkach by ich uspokoić. A przecież po to walczyła z Tsufulem by nikt więcej nie ginął. Nie pozwoliłaby na to, by teraz przez jej głupotę ktoś miał jeszcze oberwać…
Nikt jednak nie zabraniał wkurzenia się. Złość przemieniła się we wściekłość, palącą i rozognioną. Iskier przybywało, pod stopami Vivian podłogę przyozdobiło kilka większych rys. Próbowała nad sobą panować, ale to było tak jawnie niesprawiedliwe… Guzik ją obchodziło to, że zostają wtrąceni do więzienia. Do białej gorączki doprowadzała ją myśl, że oto siły zbrojne raczyły się pojawić by aresztować rannych kadetów, zamiast wcześniej polecieć i pomóc ofiarom wybuchu. Energia wzrastała, strażnicy zaczęli zwracać jej uwagę by się uspokoiła. Nie przejęła się. Ramiona zaczęły Ósemce drżeć, uniosła gwałtownie głowę wyżej. Twarz miała ściągniętą w poważnym i wyraźnie nieprzyjemnym wyrazie. Spod kosmyków wyzierały płonące czerwienią oczy, skierowane wprost na Trenera. Znów była na pograniczu furii…
Wzrok:
 

- O ile mi wiadomo Sir, w Królewskim Dekrecie zapisane jest, że aresztować można żołnierzy od rangi Nashi wzwyż. – Powiedziała cicho. Każde słowo zostało wypowiedziane jednocześnie wściekle i spokojnie, z zimną furią. – Jedenastu wojowników na dwóch rannych kadetów. Nie wiem, skąd ten zaszczyt. Po Vegecie wciąż lata Tsuful, zdążył zniszczyć wiele miast i choć pył zdążył opaść nikt nie raczył się zjawić. Ludzie wciąż potrzebują pomocy, wsparcia. Tym czasem przysłano oddział by pojmano parę ledwo potrafiących ustać na nogach kadetów...
Czuła dobrze to co dzieje się na Vegecie. Ki wciąż nikły, tam gdzie wraz z Kuro, Redem i April pomagała w opatrywaniu rannych dopiero niedawno ktoś się pojawił. Czy wojsko Vegety nie jest najlepszym i najlepiej zorganizowanym? Gdy tylko wyczuli wybuch powinni zjawić się i nieść pomoc, uratować niewinne istnienia. Na planecie było mnóstwo silnych wojowników, a mało który ruszył z odsieczą, sprawiając, że kadeci zmuszeni byli wziąć sprawy w swoje ręce. Jeden z nich przypłacił to życiem.
- Czy Wojsko nie ma ochraniać ludu? – Złość brała górę i oczy Ósemki zaczęły świecić czerwienią, a iskry pojawiać coraz bardziej agresywnie. – Ja tam byłam, Sir. Widziałam. Nikt nie przyszedł. Gdzie byli najsilniejsi wojownicy, gdy rozgrywała się walka? Nasza planeta jest niszczona, ludzie wybijani. Co z nas za wojsko, jeśli nie potrafimy obronić jej i cywili?!
Energia niebezpiecznie podskoczyła i w tym samym momencie strażnik stojący za dziewczyną zdzielił ją w kark. Ot, za kilka słów prawdy. W oczach jej pociemniało, ale na tym się nie skończyło. Mężczyzna wykręcił jej jedną rękę i objął ramieniem szyję, chcąc wyraźnie poddusić. Gdy próbował to zrobić, Ósemka zatopiła zęby w jego dłoni. A trzeba przyznać, że od dzieciństwa w walce nie używała jedynie pięści. Facet ryknął gdy po jego nadgarstku spłynęła krew, ale na tym dziewczyna nie poprzestała. Obróciła się ku ścianie i uderzyła o nią plecami, czyli technicznie walnęła strażnikiem. Coś strzeliło w jej ramieniu i następnie ktoś zdzielił kadetkę w żołądek. Nim osunęła się na kolana na oślep uderzyła przed siebie pięściami, ku swej satysfakcji w kogoś trafiając.
- To może Cię oduczy stawiania oporu. – Warknął jeden ze strażników, gdy Vivian zbierała się z podłogi.
Otarła krew z ust i rozbitego nosa, łypiąc wzrokiem na zebranych mężczyzn. Jeden trzymał się za ugryzioną dłoń i jadowicie pytał, czy ktoś może mu zapewnić, czy dziewczyna była szczepiona przeciw wściekliźnie. Dwóch jej pilnujących miało obicia na twarzy. Heh. Niczego nie żałowała. Jak iść na dno, to z klasą. Gdy chwiejnie wstawała znów napotkała wzrok Trenera. Wyraz twarzy Vivian nie zmienił się, oczy dalej miała rozpalone, z tą tylko różnicą iż przybrały normalną, brązową barwę.
- Stawianie oporu w tym miejscu byłoby skrajną głupotą. Nie po to leczy się tu rannych, by następnie rzucać pociskami we wszystkie strony. – Parsknęła, dając do zrozumienia, że uciekać nie zamierza.
Raziel miał racje, mówiąc, że się do nich dobiorą. Niestety przerośli jej najśmielsze oczekiwania jeśli chodzi o czas i miejsce. Niech już ich nawet aresztują czy zaprowadzą na stryczek. Pójdzie, tak jak mówił brat, z koroną, wyprostowana. Jakby nie widziała wymierzonych w nią ki-blastów, jakby echo bólu rozchodzące się w obolałym ramieniu nie istniało, stanęła prosto.
O ironio, czuła lęk. Ale tylko lęk. Nie była to obawa gorszego pokroju. Strach tnie głębiej niż nóż, powtarzaj sobie tak, a będziesz się mniej bać. Powtarzała, nawet wtedy gdy przerażenie dławiło jej gardło. A mężczyzna, który dał jej tę radę teraz ją aresztuje.
Była w stanie to przeboleć. To, co cięło głębiej niż nóż, nie był strach lecz żal i rozgoryczenie. Cała walka z Tsufulem sprowadzała się do kilku postaci, które nie były w stanie uratować wszystkich ludzi a teraz zmuszone były do walki z Katsu. Podczas gdy wojsko nie pofatygowało się nawet w kierunku zniszczonego miasta. I co ma znaczyć to, że pojawiają się po ich dwójkę z nakazem aresztu? Są sprawy ważne i ważniejsze, ale co to za nacja, gdzie jednostki przekładają siebie ponad lud?

OOC ---> Początek treningu
---> + 10% HP
Powrót do góry Go down
Raziel
Księciuniu Admin
Księciuniu Admin
avatar

Liczba postów : 859
Data rejestracji : 19/03/2013

Skąd : Rzeszów

SCOUTER
HP:
10800/15000  (10800/15000)
Ki:
12672/14400  (12672/14400)
HP Pancerza:
0/0  (0/0)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Sob Sty 04, 2014 9:28 pm

Ból. Właśnie to teraz czuł. Cholerną masę bólu. Bolało go całe ciało. Czuł się jakby każda rana, która powstała podczas walki z Katsu, bolała go jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie wiedział, czy było to w ogóle możliwe. Spojrzał na swój tors, który krótko mówiąc nie wyglądał najlepiej. Bandaże, igły. Pięknie. Na ramionach widział też kilka szwów i opatrunków. Blizny mu zostaną, ale nie martwił się tym. Żołnierz bez blizn nie jest żołnierzem. Jego ojciec też posiadał kilka. Co do matki nie był pewny. Na pewno nie miała, żadnej w widocznym miejscu. Ubierała się po kobiecemu, kiedy gdzieś wychodzili z Zickiem, więc dzieciak mógł się napatrzyć jaką ma ładną mamę. Jego też czasami zabierali na jakieś spotkania. Wtedy musiał się wciskać w zbroję dla dziecka i być grzecznym. I zazwyczaj spełniał oczekiwania swoich rodzicieli.
- Będę ślicznie wyglądał. – mruknął cicho Raziel, wpatrując się w Vivian. – No brudno tu. Chyba nie byli przygotowani na taką ilość ludzi.
Uśmiechał się. To było dość, dziwne, gdyż jeszcze kilkadziesiąt minut temu zielonooki umierał na stole operacyjnym. Jednak teraz było to już nie ważne. Żył. Miał dla kogo. Eve żyła. Vivian żyła. Jego dziewczyna i osoba, którą mógł nazwać przyjaciółką. Tak. Jeśli walka z psychopatycznym, rządnym śmierci całej rasy glutem nie zacieśnia więzi do tego stopnia, to już nie ma dla nich ratunku. Eve. Osoba dla, której dałby się pokroić, posolić i spalić. Była dla niego wszystkim. Vivian. Dziewczyna tak podobna do Raziela, a jednocześnie inna. Ta dwójka, jeszcze za trzęsie posadami Vegety. Spojrzał ponownie na blondynkę i nagle w jego umysł uderzył promień. Coś nadchodziło. Młody Zahne nie wiedział co, ani skąd. Wiedział tylko, że coś zaraz pieprznie. I nie pomylił się. W następnej chwili usłyszał tupot. Nie był to krok nikogo z pracowników szpitala. Kroki były o wiele cięższe. Mogły należeć tylko do…
- Cholera. – warknął syn Aryenne, kiedy ośmiu żołnierzy wpadło do pomieszczenia, i czwórka z nich w następnej sekundzie mierzyła do kadeta Ki Blastami. Nie ma co. Armia potrafi działać. Szkoda tylko, że są spóźnieni i w złym miejscu. Popatrzył na pozostałych Saiyan, którzy chronili drzwi. Nie ma co. Koronkowa akcja. Dziesięciu żołnierzy by zatrzymać dwójkę rannych kadetów. Raz nie wiedział, że stanowili z Vi takie zagrożenie. Musiał sobie to dopisać do Cv. Będzie miał czym szpanować.
Po chwili do pomieszczenia wszedł dowódca tej kompani tumanów. Trener w czerwonej pelerynce. Raz kojarzył go z Sali Treningowej, ale raczej nie miał z nim jakiegoś większego kontaktu. Szczerze mówiąc siedemnastolatek bardziej spodziewał się Koszarowego. On bardziej pasował na gościa, który szpanuje swoją mocą, i pokazuje jaki to jest macho. Oczywiście tłukąc słabszych kadetów. Lecz szmaragdowooki nie był już słaby. Był o wiele potężniejszy, niż wcześniej.
- Witam panie Trenerze. Czym sobie zasłużyliśmy na taką miłą wizytę? – powiedział ciemnowłosy chłodnym, sarkastycznym tonem wpatrując się w Trenera. Po chwili już wiedział. – Naprawdę? Czyli awansowaliśmy. Bo jak to ujęła moja koleżanka, tylko od Nashi wzwyż można wsadzić członka armii do więzienia. Cieszmy się Vivian.
Syn Kiui i Reishi zgrywał debila, żeby wkurzyć gości. Jeśli już ma wisieć niech ma trochę zabawy. Potem i tak będzie ich nawiedzać. Uwije sobie przyjemne gniazdko w czuprynie Koszarowego i będzie mu fajdał na nie ektoplazmą. Żyć nie umierać.
- Dobra, a  na poważnie to naprawdę chyba sobie jaja robicie? Tam toczy się walka, o naszą planetę, a pan Trenerze przyszedł nas aresztować. To trochę za przeproszeniem głupie. – powiedział i w następnej sekundzie dostał w twarz z liścia od jednego z mężczyzn.
- Zważaj na słowa gówniarzu. – warknął Saiyanin i znowu zaczął celować pociskiem w młodzieńca.
Kadet wypluł krew na podłogę i uśmiechnął się tylko. Dostał już tyle razy od Katsu, że takie coś już go nie ruszało. Było zwyczajnie żałosne. Jak jakiś koleś z niskim samopoczuciem, chce sobie podreperować ego.
- Oczywiście. – powiedział i spojrzał na Vivian, która właśnie teraz nieźle się bawiła. Chyba on też powinien stanąć na nogi. Odrzucił kołdrę i zaczął powoli odłączać aparaturę od siebie. Po kilku minutach położył gołe stopy na podłodze. Na szczęście miał na sobie spodnie. Inaczej musiałby poprosić trenera o pożyczenie pelerynki. Wstał i od razu się zachwiał. Najwidoczniej jeszcze nie miał tak dużo sił. Lecz trzeba próbować. Powtórzył akcję i już stał spokojnie. Na tyle, na ile pozwalało mu to tych czterech goryli. Dobrze, że ich nie skuli.
- Ej. Może trochę szacunku? Wiem, że jesteśmy tylko kadetami, ale ona jest dziewczyną. Weźcie wyluzujcie. – powiedział i ruszył wolnym krokiem do Trenera. – Nie będę walczył, bo to jest głupie. Nie ma potrzeby narażać cywili, jeśli pójdziemy dobrowolnie. Więc idę.
Trener tylko kiwnął głową i wyszedł z pomieszczenia. Po chwili Raz poczuł uderzenie dłonią w plecy, aby się ruszył. Powoli, lecz skutecznie pruł do przodu. Na koniec świata i jeszcze dalej.

Occ:
Reg 10% Hp i Ki
z/t -> za trenerem Very Happy(Do więźnia by się szło)

______________________

Powrót do góry Go down
http://[url=http://pokelife.pl/pokemon.php?p=8345286]Zobacz moje
NPC.

avatar

Liczba postów : 1830
Data rejestracji : 29/05/2012


PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Sob Sty 04, 2014 11:05 pm

Mężczyzna ze stoickim spokojem.wysłuchał, co oboje mieli do powiedzenia. Krzywo patrzył na Raziela po jego słowach. Tylko Vivian wiedziała, jak Trener nienawidził impertynencji. Nim kadet dotarł do drzwi otrzymał od mężczyzny w czerwieni siarczystego liścia w policzek. Siała ciosu była tak duża, że ranny kadet przewrócił się na podłogę. Nadal nie odezwał się ani słowem lecz na jeden jego znak strażnicy złapali oboje kadetów i pozakładali im specjalne kajdanki w formie metalowych bransolet. Jeden przycisk pilota sprawił, że bransolety połączymy się parami razem na nadgarstkach i kostkach. Drugi przycisk sprawił, że oboje stracili siły i runęli bezwładnie na szpitalne kafelki podłogowe. Nie mogli nawet kiwnąć palcem, nic a nic.
Mężczyzna dalej stał w jednym miejscu ale odezwał się spokojnie.


- Dobrze Vivian, przynajmniej wiem, że coś wiesz i masz rację. Jednak są wyjątki od tej reguły. Wyjątki te pochodzą tylko i wyłącznie z rozkazów Jego Wysokości, więc nie mnie podpadliście. Jestem tu tylko po to, żeby te pieski – tu wskazał na strażników nie przerobiły Was na mielone nim traficie do cel. Nie patrz tak na mnie pszczółko, ja wykonują tylko swój rozkaz, czyli to, czego Ty się nie nauczyłaś, a co zamierzam skorygować.

Podszedł do Raziela i nachylił się nad sparaliżowanym kadetem.

- Twój tatuś Ci tutaj nie pomoże. Mało tego, doskonale wie, co się teraz z tobą dzieje i wyraził na to zgodę, więc radzę pomyśleć przynajmniej pięć razy nim cokolwiek powiesz.

Za słowami Trenera zawsze kryło się drugie dno. Sytuacja była coraz bardziej zagmatwana, rozkazy płynęły od samego króla...

OOC:
- Raz - 1000 dmg za cios
- Oboje ZT Karcer (zaraz zrobię temat)
- Macie oboje specialne kajdany, nie da się ich zdjąć, paraliżują i czasem rażą prądem.

______________________


Powrót do góry Go down
http://poke-life.net/pokemon.php?p=58946863&nakarm
Rota

avatar

Liczba postów : 165
Data rejestracji : 16/10/2015

Skąd : Wielki Świat

SCOUTER
HP:
120/120  (120/120)
Ki:
90/90  (90/90)
HP Pancerza:
0/0  (0/0)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Nie Kwi 03, 2016 7:00 pm

Pięć miesięcy, dokładnie tyle czasu trwałem w śpiączce spowodowanej nieznanym mi wirusem.
Promienie Słońca, wpadające przez szpitalne okno oświetlało moją twarz. Otworzyłem powieki. Zasłoniłem dłonią twarz. Nie potrafiłem określić, czy to wczesny ranek czy popołudnie. Próbowałem przyzwyczaić oczy do światła, ale i tak nie było to łatwe. Zamknąłem powieki, a następnie przetarłem je pięściami.
Zabawne, bo mimo, iż ledwo co się obudziłem, czułem zmęczenie. W ogóle, gdzie ja byłem? Rozejrzałem się dookoła. Szpital? Co ja robiłem w szpitalu? Ostatnie co zapamiętałem, to upojna noc z Cressem, a potem...? Co się stało? Próbowałem sobie przypomnieć, czy jeszcze coś się wydarzyło, ale nic nie wskazywało na to, aby tak było. Spróbowałem usiąść do pół siadu. Nie było łatwo, ale się udało.
Zastanawiałem się, co się stało z Cressem, co w ogóle się zmieniło na Vegecie i do diabła ile czasu spałem? Odpowiedź pojawiła się bardzo szybko, gdyż ktoś mocno się do mnie przytulił.
-Xalanth! Obudziłeś się!-to Cress przywitał mnie tak miło.
Jak dobrze było widzieć jego rozradowany ryjoch. Jakoś tak, zrobiło mi się cieplej na sercu. Położyłem mu rękę na głowie, aby pogłaskać.
-...-tak wtulał się we mnie, ale nagle jego radosny wzrok zmienił się nie do poznania.
Uniosłem jedną brew ku górze. W jednej chwili jego pieść wylądowała na moim lewym policzku. Tak mi przywalił, że zleciałem z łóżka.
-Co ty wyprawiasz? Rozum ci odjęło, czy jak?-siedziałem na podłodze masując obolały policzek.
-Ty dupku kopany! Drewniana pało! Jak mogłeś nie uważać na siebie?! Na pięć miesięcy zapadłeś w śpiączkę! I jeszcze ten demon! Powiedział, że jak się nie obudzisz to będę miał problem! W co ty się wpakowałeś idioto jeden?!-Cress złapał poduszkę, która znalazła się, wręcz błyskawicznie na mojej twarzy.-Powinienem był dawać ci zastrzyki większą igłą, żebyś na dupie nie mógł usiąść! Ja pierdolę, mój facet to pieprzona łamaga!-Cress odwrócił się do mnie tyłem.
Nadąłem policzki. Co on sobie wyobrażał? Kim był, żeby mnie tak traktować...a tak racja, moim facetem. Westchnąłem. Wziąłem poduszkę. Chciałem wstać, ale upadłem na tyłek. jeszcze nie wróciłem, najwidoczniej do formy. Zaraz...Cress powiedział, pięć miesięcy?! Spojrzałem na tą wredną, pyskatą małpiatkę.
-Cress, ty mówisz serio, z tymi pięcioma miesiącami?-rozmasowałem kark lewą dłonią.
-Tak.-chłopak spojrzał na mnie ukradkiem-Zostawiłeś mnie na pięć miesięcy, wstrętny dupku! Pięć miesięcy mendo pieprzona! jeszcze po tym, co razem zrobiliśmy, tamtej nocy!-Cress szarmancko odwrócił głowę.
Zmarszczyłem brwi. Myślałem intensywnie. Poruszałem ogonem na prawo oraz lewo smyrając nim przy okazji po podłodze.
-Byś przeprosił, a nie!-Cress zwinął końcówkę ogona w ślimaczek.
Dawno nie widziałem go takiego wściekłego. Podczołgałem się do łóżka. Oparłem się brodą o brzeg łóżka. Zamknąłem oczy. Złożyłem ręce jak do modlitwy.
-Wybacz, kochanie.-otworzyłem jedną powiekę, aby zobaczyć co na to Cress.
Ten tylko spojrzał na mnie z góry.
-Nie.-znowu odwrócił ode mnie wzrok.
-No, ale czemu?-otworzyłem drugą powiekę-No weź, nie rób mi tego. Proooszę..-zaskomliłem, jak jakiś pies, który dostał kopa w dupę.
-Wybaczę, ale masz wróć do akademii, jasne? Masz się ogarnąć w końcu, idioto.-Cress nie patrzył na mnie, ale widziałem, że skrzyżował ręce na piersiach.-I to nie wszystko...będziesz ćwiczyć z moją przyjaciółką Simą. Będziesz się jej słuchał, jeśli chodzi o treningi, jasne? No, a jak będziesz w akademii, to sobie poszukasz trenera, którego też będziesz słuchać.-znowu zerknął na mnie.
Te jego dwukolorowe oczy były, takie piękne, nawet jak się denerwował.
-No, ale jak wstąpię do akademii to nie będę mógł szukać tego całego artefaktu, spełniającego życzenia.-zakłopotałem się nieco.
-Ty jesteś jakiś głupi czy co?! Piątej klepki ci zabrakło?!-Cress wstał.
Stał na łóżku. Poruszał nerwowo ogonem.
-Jak chcesz szukać czegoś tak ważnego, skoro nie jesteś gotowy na taką podróż?! Wiem o twojej walce z Daiko przecież! Ledwo co mu dałeś radę. Jak sobie poradzisz, o tam!-pokazał palcem za okno, na niebo.-No, pytam się jak?! Mało co nie zginąłeś w czasie walki! Jak chcesz bronić Mexmerę, Treyę, a przede wszystkim mnie, skoro sam siebie nie potrafisz obronić?! No, jak?!-Cress zacisnął dłonie w pięści.
On miał rację, cholerną rację. Byłem słaby, nie poradziłbym sobie w czasie takiej misji. Spuściłem głowę w dół. Poza tym, nawet nie wiedziałem, gdzie szukasz tego artefaktu i czy to na pewno istnieje i nie jest żadna bajką. Sam zaczynałem, powoli w to wątpić.
Spojrzałem na swoje dłonie, które Cress objął.
-Nie jesteś sam Xalanth. Pomogę ci. Obaj będziemy trenować, namówimy Mexmerę i Treyę. Jak będziemy robić przerwę od treningów, to będziemy szukać informacji o tym artefakcie. Jestem pewien, że jak opowiesz wszystko swojemu przyszłemu trenerowi, to na pewno też ci pomoże. Nie wiem tylko, jak z biblioteką. Ja mogę wychodzić, bo pracuję jeszcze w szpitalu.-Cress zamyślił się-Chyba, że zrezygnuję z pracy tutaj, aby być z tobą cały czas i pomóc ci szukać informacji o tym artefakcie spełniającym życzenia.
-Cress, nie rezygnuj z pracy w szpitalu dla mnie. I tak dużo już...mm…!!-i mnie uciszył, menda jedna.
Mruknąłem i zamlaskałem pod nosem. Jak on mógł mnie całować w szpitalu, przy tych wszystkich pacjentach?! No jak?! Podła menda! Zboczona małpa! Jeszcze się śmiać zaczął, bezczel pieprzony.
-Wracaj do łóżka.-Cress pomógł mi wrócić do wyrka.-Hie hie, i znalazłem sposób, jak cię uciszyć.-zaśmiał się bezczelnie, zadowolony z siebie.
Odwróciłem głowę w bok. Marudziłem pod nosem.
-Słyszę wszystko, Xaluś…-zaczął szykować zastrzyk.
-Po co ci, ta igła, co?- odsunąłem się nieznacznie.
-Bardziej zaboli, hue hue.-Cress złapał mnie za rękę.-Chodź tutaj, kochanie….hue hue…-Cress nacisnął lekko strzykawkę.
Myślałem, że zaraz odlecę..

***

-Musiałeś tak mocno?! Musiałeś, prawda pieprzony gnojku!-masowałem obolały tyłek od zastrzyku.
Wkurwę jebany gnojek. Zrobił to celowo…
-Tak.-usiadł obok, na krzesełku-Wiesz, ta twoja choroba...była jakaś taka dziwna. Pierwszy raz się z takową spotkałem.-Cress rozmasował kark-Będę musiał, jeszcze tak ze dwa trzy razy, pobrać ci krew do badań. No i jeszcze wymaz z języka. Możliwe, że złapałeś jakiegoś syfa jak byłeś w kosmosie albo na statku kosmicznym.-wyjaśnił, patrząc mi w oczy.-Przepraszam, że nic więcej, poza opieką nie byłem w stanie nic zrobić.-westchnął.
Pogłaskałem go po głowie.
-Jest dobrze. Ważne, że się obudziłem i teraz jestem, czyż nie?-posłałem mu uśmiech-Cress, przyniesiesz mi jakieś żarcie? Umieram z głodu…
-Tak. Nie licz jednak na jakieś raritasy. To jest szpital.-Cress wstał.
-Domyślam się, ale póki ty mi przyniesiesz żarcie, będzie dobrze.-spojrzałem gdzieś w bok.
Ta pieprzona menda! Nie dość, że pocałowała mnie w policzek, to jeszcze ugryzła w ucho! Moje biedne, prawe ucho! Jeszcze miałem tam kolczyk. Patrzyłem, jak ta podła menda wybiega z sali. Nadąłem policzki. Zemszczę się na nim, niech tylko wrócę do domu...właśnie...ciekawe co z moim domem. Będę musiał kogoś złapać i dowiedzieć się co i jak. Chyba, że to u króla się załatwia? Sam już nie wiedziałem. Pozostało mi czekać, na żarcie od Cressa.
Ległem na łóżko. Westchnąłem. Ciekawe, jak bardzo po tym pół roku, zmieniło się miasto. No i nie chciałem zbytnio iść do akademii. Nie każdy uszanowałby słowa króla, że jestem uniewinniony. Jednak, jeśli Cress ma tam być ze mną...odleciałem myślami od rzeczywistości.

//Jak ktoś chce, może odwiedzić Xala...
Powrót do góry Go down
Online
Rota

avatar

Liczba postów : 165
Data rejestracji : 16/10/2015

Skąd : Wielki Świat

SCOUTER
HP:
120/120  (120/120)
Ki:
90/90  (90/90)
HP Pancerza:
0/0  (0/0)

PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   Czw Kwi 07, 2016 12:09 am

Cress zjawił się po jakiś trzydziestu minutach. Nawet nie zauważyłem, z początku, że się zjawił. Za bardzo rozmyślałem o wszystkim.
Oczywiście, jak mówił, żarcie nie było zbyt dobre. Skrzywiłem się i wywaliłem język na widok tego całego, jedzenia. O ile tak to można nazwać. Co kęs czułem, jak robi się niedobrze. Jednak, mała małpiatka mnie obserwowała. Spróbowałbym nie zjeść wszystkiego, to czułem, że to by się skończyło bardzo źle. Oczywiście dla mnie.
-Ble…-chyba było mi gorzej jak wcześniej od obiadku.
Położyłem rękę na żołądku. Naprawdę, zaczynało mi się robić niedobrze.
-Widzisz, jak chcesz to możesz. I nie udawaj, że boli cię żołądek.-Cress wziął ode mnie miskę.
Zakryłem usta rękami. Naprawdę było mi niedobrze. Szybko wstałem z łóżka, odrzucając kołdrę.
-”Łazienka! Łazienka! Szybko! Szybko!”-wybiegłem z sali, przed siebie.
Nie wiedziałem, gdzie jest toaleta, więc moja głowa latała na prawo i lewo.
-”Gdzie ta cholerna łazienka?!”-próbowałem odwrócić myśli od tego, że robiło mi się coraz bardziej niedobrze.
Jak tylko znalazłem drzwi od łazienki, wparowałem tam. Na całe szczęście, nie pomyliłem męskiej z damską. Wparowałem do pierwszej kabiny. Zamknąłem drzwiczki. Podniosłem klapę od sedesu i całe jedzenie ujrzało blask białych ścian. Wytarłem usta ręką. Spuściłem wodę. Od patrzenia na własne wymiociny, było mi znowu niedobrze. W ogóle, tak sobie przypomniałem, że powinienem się odlać. Chcąc nie chcąc, usiadłem na kiblu. Miałem jakiegoś pecha, bo jak nie górą to dołem. Westchnąłem.
-”Ech...za jakie grzechy no...za jakie?”-poruszałem powoli ogonem.-”Niech mnie ktoś przytuli...mmm...”-mruknąłem.
Cress oczywiście przyszedł za mną, dlatego jak wyszedłem po cholera wie jakim czasie z kabiny, stał przy umywalkach.
-Żyjesz, kochanie?-podszedł do mnie zmartwiony.-Nie wyglądasz za dobrze. Wracaj do łóżka. Może to jeszcze ten cały wirus cię trzyma.-dotknął mojego policzka.
Umyłem dłonie pod kranem. Poczułem jak Cress obejmuje mnie w pasie, po czym przytula się. Wtulił policzek w moje plecy.
-Cress, wszystko w porządku?-wyprostowałem się, a potem zerknąłem na niego.
Pokiwał głową, że tak. Czułem jednak, że mnie okłamuje. Nic się nie zmienił, pod tym względem. Zawsze, jak było mu źle, to i tak mówił co innego. Westchnąłem. Nie ruszałem się. Wiedziałem, że jednak pęknie.
-Ja...ja się bałem, że się już nie obudzisz i zostanę sam…-zacisnął pięści na koszuli szpitalnej, którą miałem na sobie.
Ach, więc tego się obawiał. Biedaczysko. Musiał moją  śpiączkę bardzo przeżywać. W sumie, po tym co zrobiliśmy, ja sobie spałem przez pięć miesięcy. Owinąłem swój ogon wokół jego. Ująłem jego dłonie. Nic nie mówiłem, bo i po co? Milczenie było najlepsze, w tym momencie. Pozwalałem mu się przytulać.
Po chwili, odwróciłem się. Posłałem Cressowi uśmiech. Pogłaskałem po głowie. Chciałem pocałować i...wtedy wlazł ten debil i wszystko popsuł.
-No wkurwę! Pedały dwa!-burknął oburzony chłopak.
Miał czarne włosy, jeszcze bardziej roztrzepane niż moje kochanie. Lewą rękę miał w gipsie, na temblaku. Ubrany był tak jak ja-szpitalna koszula nocna. Poruszał nerwowo zabandażowanym ogonem.
-To nie patrz, jak ci przeszkadzamy.-zlustrowałem kolesia, ale i tak pocałowałem Cressa w usta.
-Kurwiszonie jeden! To szpitalna toaleta. Jak chcecie się dymać, to idźcie sobie gdzie indziej. Chce się w spokoju odlać.-pacjent podszedł do pisuaru.
Zmrużyłem oczy, ale patrzyłem na niego. Na mojej twarzy pojawił się podły uśmiech. Zaśmiałem się.
-Ktoś tu ma małego ptaszka. Hihihi. Chyba twoja kobieta nie zna się na robocie. Nie to, co mój Cress.-dalej rechotałem.
Cress warknął. Nawet nie zauważyłem, kiedy jego piącha załatwiła mi randkę z moim nosem. przywalił mi z całej siły, aż wyleciałem przez drzwi z łazienki, po czym wbiłem się w ścianę na przeciwko. Stojący w łazience chłopak, patrzył na tą scenkę. Widząc wzrok Cressa, wrócił do czynności wyprowadzania węża na spacer.
Ja zaś ujrzałem wszystkie konstelacje. Cress złapał mnie za fraki i zaciągnął do sali. Powiedział, że zapłaci, za ten ubytek na ścianie szpitalnej.
I tak, do końca mojego pobytu mieliśmy spokój z przeciwnikami par homoseksualnych. Coż...Cress to małe chodzące rambo...a niby nie potrafi się bić, nie ma skilla bojowego? Ta, jasne. Taki chuj!

***

Jeszcze tydzień gniłem w szpitalu. Pobierali mi krew, robili jakieś badania. Igły, tyle igieł...trauma do końca życia. Nie mogłem się doczekać, aż opuszczę mury szpitalne i zakosztuję normalnego jedzonka!
Cress przyszedł mnie odebrać. Pozwolił mi nawet, zamieszkać u siebie! Musiałem też odszukać Mexmerę oraz Treyę. Nie wiedziałem, co się z nimi stało.
Nakupowałem sobie sporo niezdrowego żarcia. Mogłem? Mogłem. Cress nie komentował nic, a nic. Tak jeszcze z tydzień odpoczywałem, a dopiero po tym czasie zostałem zaproszony na trening z przyjaciółką Cressa. Byłem ciekawy, jaka to była osoba. Moje kochanie gadało o niej tyle dobrego, ale i też nie. Obaj mieliśmy się zjawić tam, gdzie wcześniej trenowałem-Rdzawe Góry. Tam też, się udaliśmy.

http://z.t -> Rdzawe Góry
Powrót do góry Go down
Online
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Szpital Miejski   

Powrót do góry Go down
 
Szpital Miejski
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Opuszczony szpital psychiatryczny
» Podziemny szpital
» Szpital i przychodnia lekarska

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Dragon Ball New Generation Reborn ::  :: Miasto Centralne-
Skocz do: